— Po cóż pisać? — rzekł stary, widząc moją mękę. — Wystarczy, gdy ona się dowie, że pan wrócił. Jeśli potem mimo to zechce pójść do ślubu, sto listów nie pomoże.
Musiałem mu solennie obiecać, że będę się ukrywać przez cały czas jego nieobecności w domu i że nikomu prócz niego nie otworzę bramy.
Stary przyniósł mi śniadanie, trochę chleba i wina, i poszedł.
Nie mogłem usiedzieć na miejscu. Poszedłem do ogrodu.
Oglądałem drzewa pomarańczowe, których owoce dla mnie zerwała, drzewa granatowe, których gałązki były pierwszymi symbolami naszej miłości. Wszędzie widziałem jej postać; im wyraźniejsza stawała się ta zjawa, tym mniej rozumiałem, że tak prędko mogła mnie zapomnieć. Potem wróciłem do samotnej willi. Obszedłem wszystkie pokoje. W jej pokoiku na stole leżały canzony6 Petrarki. Usiadłem na plecionym krześle na balkonie i po odczytaniu każdej strofy spoglądałem na gościniec, czy też nie ujrzę starego Fabia wracającego z miasta. Dziwnie byłem spokojny; nie obawiałem się niczego...
A jednak zerwałem się gwałtownie z miejsca, gdy nagle koło bramy pojawił się stary.
— Z czym wracasz? — krzyknąłem i pobiegłem w stronę bramy.
— Niech pan sam przeczyta. Może pan lepiej zrozumie sens tych słów...
Wyrwałem mu z ręki kartkę papieru, na której napisane były ołówkiem słowa:
„Kochany mój! To, co się staje, musi się stać. Nie staraj się temu przeszkodzić, ale wierz we mnie. Nie należę do nikogo, tylko do ciebie. Pojmiesz wszystko, gdy się zobaczymy. Może nastąpi to wkrótce. Zawsze twoja!”