A potem na skraju kartki:
„Musisz się ukrywać. Wszystko byłoby stracone, gdyby cię spostrzeżono.”
Stary zaczął mi potem opowiadać o swej wyprawie do miasta. Sam nie mógł dotrzeć do signoriny. Nina była pośredniczką. Powiedziała ojcu, że signorina wcale nie była zdziwiona wiadomością o moim powrocie. „Dawno go już oczekiwałam” — rzekła. Potem napisała szybko kartkę i poleciła Ninie, aby ojciec jej wręczył mi ją. „Pisała kartkę — opowiadała Nina — z takim spokojem, jak człowiek, który gotuje się na śmierć i spisuje ostatnią wolę...” Nie pojmuję jej zupełnie — zakończył stary swą relację.
A ja! Czyż mogłem ją pojąć? Wielokrotnie odczytywałem kartkę — i coraz mniej pojmowałem. Jeśli nie chce do nikogo należeć, tylko do mnie — to dlaczego nie ucieka z domu i nie przybywa tu, natychmiast, przed owym fatalnym popołudniem? Dlaczego raczej nie chroni się w mury klasztoru, aż znajdę środki i sposoby uwolnienia jej? Dlaczego godzi się na te więzy, które rozerwać może tylko śmierć?
A przecież w jej prostych słowach było coś pokrzepiającego, coś nie dopuszczającego wybuchu rozpaczy.
Nie mówiłem więcej ani słowa ze starym odźwiernym. Po kilkudniowej podróży ze Szwajcarii byłem fizycznie jakby złamany. Położyłem się na kilka godzin; nie spałem, a tylko w samotności wysilałem mózg, by przecież zrozumieć zagadkowe jej postępowanie.
Po południu, gdy zbliżała się godzina, na którą był wyznaczony ślub, oświadczyłem staremu, że pójdę do miasta, by się przypatrzyć tej ceremonii.
Fabio był przerażany; widząc jednak, że obstaję niewzruszenie przy swym postanowieniu, zgodził się, pod warunkiem, że będzie mi towarzyszył i że przebiorę się do niepoznaki. Wyszukał dla mnie jakiś stary garnitur ogrodnika i wcisnął mi na głowę szeroki słomkowy kapelusz.
— Muszę pójść z panem — rzekł. — Koniecznie musi być ktoś, kto by pana powstrzymał, gdyby pan stracił głowę i chciał popełnić jakieś szaleństwo.
Kto wie, czy stary nie miał racji...