Gdy przybyliśmy do kościoła, byli tam już zgroma­dzeni goście i orszak ślubny. Ludzie tłoczyli się przed kościołem. O wejściu do środka mowy nie było. Czy­niłem staremu wyrzuty, że podał mi fałszywą godzinę ślubu. Bronił się, że taką mu córka podała. Postanowi­łem więc czekać przed kościołem, by ujrzeć ją choćby po ceremoniale ślubnym. Nagle rozległy się głosy: idą! Czułem nagle, że siły mnie opuszczają; byłbym upadł, gdybym się nie był oparł na ramieniu Fabia. Miałem wzrok utkwiony w bramę kościoła, przez którą wyjść miał niebawem orszak.

I oto szła ona... Ze zdumieniem stwierdziłem, że nie zemdlałem na ten widok... Szła obok swego męża... Był taki, jakim mi go opisywał Fabio, nikła, niewy­raźna postać... Na zblazowanej twarzy wykwitł uśmiech... Z triumfem kłaniał się na prawo i lewo... Natomiast ona szła, nie oglądając się na nikogo, blada, zagadkowa...

Niebawem znikła z mych oczu. Wsiadła z mężem do powozu.

Za młodą parą szedł biedny stary generał ze swą młodą żoną. Widoczne było, że jest bardzo przygnę­biony; natomiast żona jego promieniała dumą i ra­dością.

Słyszałem różne uwagi wygłaszane w pobliżu mnie przez gapiący się tłum. Sam arcybiskup dawał ślub — mówiła jakaś kobieta do swej kumoszki. Panna młoda sprzeciwiała się, nie chciała tego męża, ale papież sam przykazał...

Fabio wyprowadził mnie z tłumu. Skierowaliśmy się z powrotem w stronę willi. Nie miałem siły, by cośkolwiek przedsięwziąć. Byłem jak człowiek ciężko chory, którego wysoka gorączka zupełnie obezwład­niła. Fabio mógł w tej chwili ze mną robić, co chciał.

Nie wiem doprawdy, jak spędziłem ten dzień. Gdy wróciliśmy do willi, Fabio zmusił mnie do wypicia kilku szklanek wina; podziałało ono tak silnie, że straciłem na czas jakiś świadomość tego, co wokół mnie się dzieje.

Gdy oprzytomniałem, była już noc. Początkowo nie zdawałem sobie sprawy, gdzie się znajduję i co dnia tego przeżyłem. Do pokoju sączyła się poświata księ­życa. Nad moim łóżkiem znajdował się obraz matki Bicetty. Zdawało mi się, że twarz ta spogląda na mnie z wielkim smutkiem i żałością. Teraz dopiero zrozumiałem, co znaczą w mym życiu te godziny. Nagle wyładował się tłumiony przez tyle godzin ból i żal. Krzyknąłem i z przerażeniem wsłuchiwałem się w rozpaczliwe dźwięki, dobywające się z mego gardła. Rzuciłem się na podłogę, rękami rwałem włosy, z oczu moich płynęły łzy, w mózgu przewalały się okropne wizje.

Wreszcie uspokoiłem się, wstałem i wyszedłem do ogrodu.

Zacząłem się zastanawiać, co teraz począć. Myśli tłoczyły się, pomysły przeróżne wyłaniały — ale nie mogłem powziąć decyzji.