Tej nocy spałem bardzo niewiele. Myślałem o tym, co niebawem zajdzie, słyszałem strzały rewolwerowe, widziałem mego przyjaciela padającego na ziemię. Przemyśliwałem również wiele nad Lotką i upewniałem się coraz więcej w przekonaniu, że dziewczyna ta nie jest warta, by poczciwy chłopak narażał dla niej życie.
O świcie byłem już na nogach. Ubrałem się bardzo starannie, włożyłem czarne ubranie i wziąłem nowe rękawiczki. Zajrzawszy do lustra nabrałem przekonania, że wyglądam bardzo uroczyście i poważnie.
O godzinie dziewiątej wybrałem się w drogę. Dozorca domu, w którym mieszkał nasz przeciwnik, powiedział mi, że o tej porze jeszcze za wcześnie do pana asesora, gdyż zwykle wstaje o wiele później. Mimo to zadzwoniłem do drzwi jego mieszkania. Otworzył lokaj, który mnie wprowadził do eleganckiego gabinetu i poprosił, bym poczekał, aż pan asesor się ubierze.
Im dłużej czekałem, tym głupszą mi się wydawała moja sytuacja. Porównywałem wytworny gabinet z gołymi ścianami pokoiku mego przyjaciela — i dochodziłem do wniosku, że wdaliśmy się w bardzo nierówną grę. Z jednej strony człowiek dojrzały, na stanowisku — z drugiej dwaj chłopcy przykuci jeszcze do ławy szkolnej... Czułem, że odgrywam bardzo niewdzięczną rolę i mimo mego młodzieńczego idealizmu byłem mocno strapiony prozaiczną rzeczywistością, którą teraz coraz wyraźniej sobie uświadamiałem.
Po dziesięciu minutach otworzyły się drzwi i ukazała się w nich twarz pana asesora, który mnie poprosił, bym cierpliwie czekał; niebawem ukończy swą toaletę... na stole są papierosy...
Po pięciu minutach wszedł, powitał mnie uściskiem dłoni, jakby starego znajomego, i poprosił, bym obok niego usiadł na otomanie. Musiałem zapalić papierosa, odmówiłem jednak spożycia śniadania, które lokaj wniósł na srebrnej tacy. Nalewając sobie herbaty pan asesor począł mówić:
— Bardzo mi miło, że pan mnie odwiedził, domyślam się, co pana do mnie sprowadza, i muszę wyznać, że wczorajsza scena, której zawdzięczam poznanie pana, wywarła na mnie fatalne wrażenie. Pojmie pan, że nie należy do rzeczy przyjemnych, gdy jakiś młodzieniec napadnie i obrzuci człowieka inwektywami. Ale znam na tyle ludzi, że mogę sobie wyobrazić przyczyny tego zajścia. Pański przyjaciel jest po prostu zadurzony w dziewczynie, czemu zresztą zupełnie się nie dziwię. Przeczytał kilka romansów i zdaje mu się, że poznał świat i ludzi. Ta iluzja zwykle kończy się rozczarowaniem... Ale cóż to mnie właściwie obchodzi? Bardzo mi przykro, że zmąciłem idyllę... Sądzę, że pański przyjaciel zadowoli się tym oświadczeniem; zresztą życzę mu przyjemnych marzeń i możliwie łagodnego przebudzenia się... Ale pański papieros źle się pali, może pan pozwoli innego?... Na jaki fakultet uczęszcza pan?
Czułem, że się rumienię. Przez sekundę zastanawiałem się, czy mam wyznać prawdę.
— Jesteśmy jeszcze w ósmej klasie gimnazjalnej — rzekłem.
— Tacy młodzi — rzekł, potrząsając dobrodusznie głową — a już tacy donżuani? Rokuje pan piękne nadzieje, mój młody przyjacielu...