Dopiero w godzinę potem — długo kołowałem po przedmieściach, by jako tako oprzytomnieć — zapuka­łem do drzwi pokoiku Sebastiana. Zastałem go leżące­go w ubraniu na kanapie; z rozmierzwionej czupryny i pogniecionego ubrania wywnioskowałem, że w tej pozycji spędził całą noc.

Zanim mogłem się odezwać, podał mi list leżący obok niego na krześle. List ten przyniósł mu wczesny rankiem jakiś chłopak.

Nie pamiętam już oczywiście dosłownie tego listu. Treść jego była mniej więcej taka:

„Zaledwo mnie pan opuścił, gdy uświadomiłam sobie, że zajście, którego byłam przyczyną, może spowo­dować straszne następstwa. Piszę, by pana prosić, by zakląć pana, jeśli pańskie uczucia dla mnie są szczere, abyś zaprzestał wszelkich dalszych kroków w tej nie­szczęsnej sprawie. Niech pan wierzy: nie jestem warta (słowa te były dwa razy podkreślone), byś się dla mnie poświęcał. Jestem biedną, nieszczęśliwą istotą, a wyzwolić mnie może tylko śmierć. Nie umrę jednak tak prędko; bądź pan o to spokojny. Spróbuję gdzieś urzą­dzić sobie życie w ten sposób, by mnie moja fatalność nie prześladowała na każdym kroku. Dziękuję panu za jego dobroć i miłość; nie zapomnę pana nigdy... Niech pan nie stara się mnie odnaleźć. Jestem zdecydowana nie zobaczyć pana więcej nigdy, zwiększyłby pan tyl­ko mój ból, gdybyś pan nie uszanował mej prośby i starał wymusić spotkanie”.

List nie miał ani nagłówka, ani podpisu, pismo było czytelne i żaden wyraz nie był błędnie napisany.

W milczeniu zwróciłem mu list; nie chciałem od razu wyznać, że w danych warunkach najwłaściwsze jest stanowcze zerwanie. Potem jednak zrozumiałem, że w całym liście nic dla niego nie jest tak ważne, jak wzmianka o tym, że go nie zapomni. Wszystko inne było mu obojętne.

Toteż uznałem za wskazane jasno postawić sprawę i opowiedziałem mu swą rozmowę z asesorem. Ku me­mu zdziwieniu nie wywarło to na nim tak piorunują­cego wrażenia, jak się obawiałem.

— Sam przypuszczałem coś takiego — rzekł, gdy skończyłem moją relację. — Żałuję, ale wszystko to nie może zmienić moich uczuć; przeciwnie: moja mi­łość jest teraz jeszcze głębsza, bo dołącza się do niej wielki respekt, jaki mam dla Lotki, że stara się wydo­stać z bagna i usamodzielnić. Cenię ją też za to, że ma odwagę i stawia czoło nieszczęściu, które przecież nie z jej winy hańbi jej nazwisko. Wiem, że nie bez walki zdołam osiągnąć swój cel; poświęcę dla niego wszy­stko: rodzinę, przyjaciół, ojczyznę. Od chwili, w której sama w liście przyznała, że nie jestem jej całkiem obojętny, nie powstrzymają mnie żadne przeszkody; mam nadzieję, że zdołam jej powetować krzywdy wyrządzone przez fatalny los.

Mówił z takim przejęciem i entuzjazmem, że jego odwaga porwała również i mnie; nie tylko nie wystąpiłem z zastrzeżeniami, które sobie po drodze w myśli wystylizowałem, ale nabrałem przekonania, że jedynie ważną rzeczą jest teraz odszukanie dziewczyny i przeszkodzenie jej w wykonaniu tych planów, o których pisała w liście.

Siadłem do dorożki i kazałem się zawieźć do cukierenki. Sebastiana zostawiłem w domu; powiedziałem, że wobec jej zakazu nie ma prawa szukać jej, mnie natomiast jej zakaz nie dotyczy.