Postanowiliśmy, że spotkamy się w południe. Niestety, wróciłem z kiepskimi wiadomościami. Właścicielka cukierni dowiedziała się o zniknięciu swej kelnerki rano, gdy na ladzie zastała krótki list Lotki. W sąsiedztwie nikt nie zauważył, kiedy i dokąd się oddaliła. Zastawiła niemal wszystkie swoje rzeczy z wyjątkiem kilku sztuk bielizny i małej walizki. Właścicielka skle­pu powiadomiła policję o zniknięciu Lotki, lecz i to nie doprowadziło do odnalezienia zaginionej.

Dopiero teraz nastąpił u mego przyjaciela silny wy­buch rozpaczy. Zachowywał się początkowo tak, że lękałem się o jego zdrowie. Po raz pierwszy w życiu miałem przed sobą żywiołowe zmagania prawdziwej i głębokiej namiętności.

Pozostałem u niego przez cały dzień i część nocy; dopiero gdy stwierdziłem, że jest zupełnie wyczer­pany — nie zmrużył oczu poprzedniej nocy — opuści­łem go, zresztą na jego nalegania; poleciłem jednak gospodyni, by od czasu do czasu zaglądała do jego pokoju, gdyż jest ciężko chory. Wiedziałem, że nie ma broni przy sobie; spodziewałem się, że sen go po­krzepi i nieco uspokoi.

Następnego poranku nie zaznałem w domu spokoju; robiłem sobie wyrzuty, że pozostawiłem go samego; ubrałem się pośpiesznie i czym prędzej udałem się do jego mieszkania.

Nie zastałem go. Gospodyni wręczyła mi krótki list: donosił, że wyjeżdża na jakiś czas. Nie spocznie, aż ją znajdzie; obiecuje, że nie zrobi żadnego szaleństwa, gdyż zdaje sobie sprawę z innych swych obowiązków; prosi, bym spokojnie oczekiwał jego powrotu.

Gospodyni, żona krawca, opowiedziała mi, że o świ­cie spakował swą walizkę i pożegnał się. W nocy prze­spał kilka godzin.

Musiałem się z tym faktem pogodzić. Niebawem i ja też wyjechałem; spędziłem z rodzicami kilka tygodni na wsi. Pisywałem kilkakrotnie listy i wysyłałem je pod jego adresem; nie otrzymywałem jednak odpowie­dzi. Toteż gdy po powrocie z wakacji udałem się do jego mieszkania, byłem pewien, że go nie zastanę. Jakież było moje zdziwienie, gdy sam otworzył mi drzwi! Miał wciąż jeszcze zatroskaną twarz, ale nie było na niej owego wyrazu chorobliwej rozpaczy, która mnie tak przeraziła przed kilku tygodniami.

Domyśliłem się od razu, że Lotki nie znalazł. Owła­dnęła nim jakaś obojętność pełna melancholii; na wszystko się zgadzał, co mu proponowano, ale co naj­dziwniejsze: zamiłowanie do muzyki zupełnie go opu­ściło. Nigdy więcej nie zanucił melodii, nigdy nie wspomniał o nowych kompozycjach; najchętniej wy­rzekłby się udzielania lekcji, gdyby miał inne środki utrzymania.

Zasadniczy akord jego duszy był nieuleczalnie roz­strojony; pękła struna, której nie sposób było uzupeł­nić...

Gdy następnego roku zapisaliśmy się na uniwersy­tet, widywaliśmy się niemal codziennie. Uczęszczał pilnie na wykłady i wyrabiał się na bardzo poważnego prawnika.