Niespodziewanie zaszły wypadki, które znowu otwo­rzyły wszystkie zabliźnione już — jak się zdawało — rany.

Opowiem wszystko pokrótce w kolejności zdarzeń, a nie tak, jak się od niego w długich przerwach dowia­dywałem.

*

Było to w czas Bożego Narodzenia. Zamiast pojechać do rodziców Sebastian został w mieście; chciał ferie świąteczne wyzyskać dla nauki; przygotowywał się właśnie do egzaminu. Na próżno starałem się go na­kłonić, by przyjął zaproszenie do nas na wieczór wigi­lijny. Unikał towarzystwa, a gdy przypadkowo znalazł się w większym gronie osób — zwłaszcza gdy były kobiety — milczał zawzięcie i raził wprost ponurym wyrazem twarzy.

Owego 24 grudnia przesiedział cały dzień w pokoju przy pracy; około piątej, gdy już poczynało się ściemniać, oświadczył gospodyni, że wychodzi na krótką przechadzkę; wróci za godzinę, by dalej pracować.

Gdy znalazł się na ulicy, orzeźwiło go zimne, świe­że powietrze. Mróz, panujący w ostatnich dniach, zelżał, padał gęsty śnieg.

Powoli szedł głównymi ulicami miasta. Ruch był jeszcze bardzo wielki; czyniono ostatnie zakupy przed­świąteczne. Tu i ówdzie pojawiały się w oknach świa­tełka na choinkach. Samotny student przemykał się między ciżbą, nie odczuwając wcale nostalgii, która opanowuje każdego, jeśli nie może wieczoru wigilijne­go spędzić w towarzystwie bliskich mu i drogich osób. Przed kilku dniami wysłał pocztą dla rodziców i ro­dzeństwa kilka upominków; sam zaś nie spodziewał się ich od nikogo. Nie przywiązywał zresztą żadnej wagi do takich zewnętrznych objawów uczucia, od­kąd stracił jedyną istotę, która zdołała rozpętać w nim burzę namiętności.

Na wielkim placu znajdowało się mnóstwo bud i stołów, na których porozmieszczane były świecideł­ka ozdabiające choinki, mnóstwo tanich zabawek, lalek i innych przedmiotów uszczęśliwiających dzieci. Nagle Sebastian zobaczył coś bardzo interesującego. Oto przed jedną z bud stała dama w eleganckim futrze i gęstej woalce na twarzy; mufkę położyła na stole i rękami zgarniała różne zabawki; rozdawała je dzie­ciom, które z wszystkich stron placu zbiegały się w co­raz większej ilości i radosnymi okrzykami kwitowały podarunki nieznanej, a tak szczodrej damy.

— Ile mam zapłacić za wszystko? — zapytała wre­szcie dama otyłą handlarkę, rozradowaną tym niespo­dziewanym pozbyciem się całego zapasu świątecznych podarunków.

Sebastian, zaintrygowany tą sceną, podszedł bliżej. Głos damy podziałał na niego jakby silny prąd elektryczny.