— Lotka! — szepnął.

Dama szybko obróciła się i podała mu rękę.

— To pan! — rzekła nie zdradzając szczególniejszego przejęcia się. — Nie myślałam, że ujrzę pana jeszcze kiedyś. Tym bardziej jestem temu rada.... Dokąd pan teraz idzie? Czy oczekują pana gdzieś wie­czorem? Więc proszę mi podać ramię. I ja też je­stem wolna, zupełnie wolna... — dodała z naciskiem. — To tak pięknie przechadzać się, gdy śnieg pada, i oglą­dać tyle szczęśliwych twarzy. Czy nie zgadza się pan ze mną?

Nie odpowiedział. Niespodziewane spotkanie formal­nie odurzyło go; sposób, w jaki się poruszała i mówi­ła, był mu obcy. Wsunęła rękę pod jego ramię, gdy dawniej unikała wszelkiego zetknięcia, i szła obok niego, jeszcze piękniejsza niż ongiś.

— Panno Lotko... — rzekł wreszcie. — Nie wie pani... nie uwierzyłaby pani... jak szukałem, jak sta­rałem się.

— Dlaczego nie miałabym wierzyć? — odparła spokojnie, nie patrząc na niego. — Czy sądzi pan, że nie wiedziałam, że jest pan jedynym na świecie człowie­kiem, który mnie naprawdę kocha? Właśnie dlatego musiałam się rozstać z panem. Zasługuje pan za swą dobroć i miłość na coś lepszego niż nieszczęście, które­go bym panu przysporzyła. Dosyć, że jedna egzysten­cja idzie na marne... Ale po co mówić o tak smutnych rzeczach? Proszę mi powiedzieć, jak się panu przez ten czas powodziło. Wie pan: wygląda pan jeszcze lepiej niż wtedy... Zmężniał pan, spoważniał, a ma pan przy tym wciąż te same niewinne oczy, pasujące raczej do twarzy dziewczęcej...

Zamilkła i jakby pogrążona we wspomnieniach szła u jego boku.

— Proszę wybaczyć — rzekła wreszcie — że może o zbyt wiele rzeczy pytam. Ale nie przeczuwa pan nawet, jak długo milczałam; właściwie zawsze... odkąd rozstaliśmy się. Natomiast wiele myślałam... Z tym jednak uporałam się i odtąd jestem zupełnie szczęśliwa. Nie od dawna; właściwie od dziś rana; przedniej nocy jeszcze trapiły mnie straszne myśli. Powiedziałam sobie jednak: musisz z tym skończyć! Nie można żyć, gdy się jest nękaną takimi myślami! Ulżyło mi to... i oto: mogę znowu mówić... Ale pan za to oniemiał, jak widzę... Dlaczego? Czy nie cieszy się pan, że idziemy ze sobą i śnieg pokrywa wszystko bielą i tyle ludzi śpieszy do domów, by radować się światłem i śpiewem, weselić się i wzajem się obdarowywać? I ja chciałam sobie zrobić święto i oddać kilka ostatnich moich talarów na improwizowaną wi­lię. Widział pan, w jaki sposób ten pomysł zrealizowa­łam. Ale nie powiem, by mi się to całkowicie udało. Rozdawanie upominków sprawia przyjemność tylko wtedy, gdy się kocha tych, których się obdarowuje. Żałuję teraz, że nie mam więcej pieniędzy. Chętnie bym i panu też coś podarowała.

— Lotko — rzekł — najpiękniejszym darem jest to, że panią odszukałem... że pani jest taka dla mnie serdeczna... że pani wie, jak bardzo kocham...

— Cicho! — przerwała. — Nie należy o tym mówić. Bo sytuacja nasza jest dziś tak samo smutna jak wów­czas i tak samo beznadziejna...