Przystanął i wlepił w nią oczy.

— Beznadziejna? — rzekł głucho. — Ale czy wia­domo ci, że ja wiem o wszystkim? Że robię sobie z te­go tyle co z historii rozgrywającej się na księżycu? Że nie dbam o nikogo na świecie, a gdyby nawet mój ojciec i moja matka...

— Na miłość boską, nie kończ pan! — krzyknęła i położyła mu rękę na usta. — Nie zdaje pan sobie sprawy, co chciałeś powiedzieć, jak okropne to jest i jak bardzo kiedyś żałowałbyś tych słów... Ma pan matkę, którą wolno ci kochać i szanować, matkę, któ­ra cię kocha i jest dumna z ciebie: miałżebyś jej przy­sporzyć zgryzoty i hańby... Gdybyś pan mógł się za­stanowić, co to znaczy... ale nie mówmy więcej o tym. Chodźmy! Muszę się przyznać, że jestem głodna. Od wczorajszego wieczoru nie jadłam. Ze wstrętu... My­ślałam, że nigdy więcej bez odrazy nie będę mogła przełknąć kęsa chleba... Ale to nasze nagłe spotka­nie przejmuje mnie taką radością... Niech mnie pan zaprowadzi do jakiejś restauracji. Będziemy mogli przez kilka godzin porozmawiać z sobą swobodnie; ale będzie pan musiał za mnie zapłacić; jak już wspomniałam, ostatni grosz wydałam na zabawki dla dzieci.

Zaprowadził ją do małej restauracyjki, która — jak się spodziewał — tego wieczora była niemal pu­sta. W kącie sali siedział tylko stary kelner i drzemał.

Ze zdziwieniem spoglądał na parę, która zabłądziła w wieczór wigilijny do tego skromnego, przeważnie przez studentów odwiedzanego lokalu, i oddalił się, by z kuchni przynieść zamówione przez Sebastiana po­trawy.

— Uważa nas za rodzeństwo — szepnęła Lotka.

— Albo za parę małżeńską w podróży poślubnej... — odparł Sebastian i ujął jej rękę.

Odpowiedziała serdecznym uściskiem dłoni.

— Jest tu bardzo pięknie — rzekła. — Bardzo się cieszę, że jeszcze raz mogę być z panem, zanim...

— Co? — zapytał przerażony. — Chyba nie mówi pani na serio, że to ostatni raz...