— Niech pan mnie o nic nie pyta. I niech się pan zupełnie o mnie nie niepokoi. Wtedy, gdy napisałam do pana, nie wiedziałam jeszcze, co z sobą począć. Tyl­ko kilka pierwszych tygodni spędziłam spokojnie. Pod­czas gdy pan, a też i inni, szukali mnie, siedziałam w pobliżu cukierenki, na poddaszu, w małej izdebce u starej przyjaciółki, jedynej, którą miałam; była to szwaczka, suchotnica, kupowała u nas często karmelki słodowe i polubiła mnie, gdyż czasem raczyłam bie­daczkę ciastkami. Bywały tygodnie, w których nie mogła zupełnie pracować. Owej nocy zapukałam do drzwi jej pokoiku i pozostałam u niej przez dłuższy czas; pomagałam jej w robocie i gotowałam dla nas na małej kuchence; wreszcie nie mogłam dłużej wy­trzymać w tej ciasnocie, u kaszlącej wciąż suchotnicy. Miałam niewielkie oszczędności, chciałam przedostać się przez granicę do Francji, gdzie mnie nikt nie znał. Od dawna już o tym marzyłam; byłabym sobie jakoś dała radę. Ale po drodze zatrzymała mnie policja; coś było w mym paszporcie nie w porządku, odstawiono mnie ciupasem z powrotem do Berlina i tu... ale wolę o tym nie mówić. Czuję, że wstręt mnie znowu ogar­nia, a tu podają właśnie dla nas wieczerzę wigilijną...

Nalał wina i trącił się z nią kieliszkiem.

— Może reńskie wino nie smakuje ci? — rzekł. — Czy mam kazać podać szampana?

Potrząsnęła przecząco głową.

— Nie mogłabym wypić ani kropli. Zbyt wcześnie piłam szampana, i to w złym towarzystwie. Ale proszę, jedz ze mną, bo mnie samej potrawy nie będą smakowały.

Wziął na talerz odrobinę ryby, nie mógł jednak przełknąć ani kęsa; wciąż się wpatrywał w nią i radował, że zajada z wielkim apetytem.

— Nie dziw się — rzekła — że tyle jem; byłam bardzo głodna. Jak tu dobrze... Jak się cieszą, że raz jeszcze siedzimy obok siebie. Gdyby wszystko mogło się ułożyć inaczej i gdybyśmy oboje mogli ruszyć razem w świat... Ale to niemożliwe; będzie ci kiedyś dobrze z inną kobietą, a jej z tobą... Nalej mi jeszcze wina. Tak... A teraz... za zdrowie twej matki!... Więcej nie będę piła.

Wychyliła kielich do dna i rzekła:

— Chodźmy już!

Zapłacił kelnerowi i podał jej ramię. Gdy wyszli na ulicę, dostrzegli, że pada gęsty śnieg; po kilku kro­kach mieli twarze zupełnie mokre.