— Dokąd pójdziemy teraz? — zapytał.
— Wszystko mi jedno — odparła. — Nie mam więcej domu. Myślałam wprawdzie... Czy daleko do twego mieszkania?
— Wciąż jeszcze mieszkam tam, gdzie uczyłem się do matury... Wtedy, kiedy ciebie poznałem... Niedaleko stąd... chodźmy?
— Co powiedzą ludzie... — zastanawiała się i zwolniła kroku — co pomyślą w domu, gdy nagle sprowadzisz dziewczynę?
— Masz przecież twarz zasłoniętą woalką...
— Nie o mnie chodzi. Ja jutro będę Bóg wie gdzie, nic sobie nie robię z plotek. Ale ty... Źli ludzie mogliby donieść twojej matce... Nie chciałabym, by się martwiła...
— Nie obawiaj się. Do mojej izdebki prowadzi osobne wejście. Nikt cię nie zobaczy.
Nie mówili więcej z sobą, aż przyszli do domu.
*
Otworzył ostrożnie drzwi. W małej izdebce panował półmrok; skąpe światło padało tylko z żarzących się węgli na kominku i z poświaty księżyca wnikającej przez niewielkie okno.