— Lotko — rzekł — a gdybyśmy byli w Ameryce i to pudło nam przez morze posłano...

— Nie posłano by nam wcale...

— Dlaczego, Lotko? Gdyby moja matka cię znała, tak jak ja cię znam, czy sądzisz, że nie pokochałaby cię? Ma ona naturalnie swoje przesądy. Ale wiem, że bardziej niż wszystko na świecie kocha mnie...

Lotka przerwała wypakowywanie pudła, zamyśliła się i rzekła wreszcie, nie patrząc na niego:

— Czy nazywa pan to... przesądami? Czy chciałby pan jeść jabłko znalezione na ulicy w błocie? Może je pan dziesięć razy umyć, odraza jednak pozostanie. Kto wie, czy brud nie przeniknął skorupy, choć pestka wewnątrz jeszcze jest czysta... Nie, nie, nie! Tak jest, i kwita. Bardzo źle, że tak jest, ale cóż na to po­radzić?

Objął ją ramieniem i rzekł:

— Lotko, to niemożliwe, by tak miało zostać. Nie możesz zmarnować twego życia dlatego tylko, że...

Przerwał; nie znalazł bowiem od razu takich wyra­zów, które by jej nie uraziły.

— Zmarnować? — powtórzyła i spojrzała na niego. — O nie, wcale tego nie chcę! Powiedziałam już panu, byś był zupełnie spokojny o moją przyszłość. Nie jestem zresztą tak samotna i opuszczona, jak by się to na pozór zdawało... Mogłabym zresztą, gdybym tylko chciała, wyjść za mąż. Starano się już znaleźć dla mnie męża; miałam do wyboru bogatych i młodych konkurentów, niektórzy z nich chcieli naprawdę minie ipoślubić, w kościele wobec księdza... A jednak... nie mogłam...

— Dlaczego? — zapytał szybko.