— Po co o tym mówić? Albo... nie, powiem panu, abyś nie sądził mnie fałszywie. Wie pan, co budzi we mnie wstręt do wszystkich mężczyzn? Z wyjątkiem chyba pana... Powiem panu do ucha: nigdy nie wiem, czy narzeczony nie był kochankiem matki, zanim po­czął się ubiegać o córkę.

Odwrócił się i szybko podszedł do okna.

Po chwili wrócił i objął ją ramieniem.

— Mój Boże, ile ty wycierpiałaś... — szepnął zdła­wionym głosem.

— Więcej, niż może znieść młoda dziewczyna... Przed siedmiu laty wszystko zrozumiałam... Sądziłam, że zdo­łam się uratować, wyzwolić. Opuściłam natychmiast dom... ten dom... wystarałam się o posadę, obcięłam sobie moje piękne, długie włosy, by wyglądać jak najskromniej, nosiłam tylko bardzo skromne suknie, by uchodzić za przyzwoitą dziewczynę. Sam wiesz, że niewiele mi to pomogło. Gdy chciałam się wydo­stać za granicę, sprowadzono mnie, jak ci już opowia­dałam, z powrotem do domu, do tej, która, jak mówią, ima prawo do opieki nade mną. He, he... opieki! Ona moją... opiekunką! Powiedziałam jej jednak od razu, że zabiję się, jeśli nie dadzą mi spokoju ci... ci goście... klienci... Prawie przez rok cały siedziałam w swoim pokoju, starannie zawsze od wewnątrz zaryglowanym... Musiałam jednak czasem przecież wyjść na ulicę, po prostu, by się przejść, przespacerować; toteż różni by­walcy w domu mej matki wiedzieli, że jestem... Cza­sem natrętnie dobijali się do mych drzwi... A ona... ona udawała, że mnie bardzo kocha... Unikałam jej, nigdy słowem nie odzywałam się do niej... Ostatecznie stanowczością swą okupiłam sobie spokój; aż wczoraj przyniosła mi do mego pokoju list... zgadnij od kogo?

— Jakże mam zgadnąć?

— Masz rację. Żaden człowiek nie mógłby na to wpaść... Przypominasz sobie człowieka, z którym mia­łeś zatarg w cukierni?

— Lotko! Czy to możliwe?

— Tak. Otrzymałam wczoraj bardzo uprzejmy list; papier był perfumowany; obiecywał mi bardzo wiele w tym liście, gdybym...

Nagle potrząsnęła silnie głową, jakby chciała od­pędzić natrętne, a wstręt budzące myśli.