— Mieliśmy przecież wypakować paczkę? — rze­kła. — Dajmy spokój tym ohydnym sprawom dziś, w wieczór wigilijny, gdy przypadek nas złączył. Chodź do naszej paczki! Powiadam: naszej... Niech nam się przez chwilę zdaje, że spełniło się twoje marzenie: je­steśmy daleko stąd, bardzo daleko, za oceanem, w Ameryce...

— Spełnimy je, spełnimy to, co zwiesz moim ma­rzeniem! — rzekł z silnym wzruszeniem w głosie. — Przypomnę ci kiedyś po latach ten nasz pierwszy wie­czór wigilijny i wtedy będziesz musiała przyznać, że miałem więcej odwagi i byłem lepszym prorokiem niż ty.

Nie odpowiedziała; zajęła się rozpakowaniem pudła. Były w nim przeróżne drobiazgi, para wełnianych rę­kawiczek, zrobionych ręką starszej siostry, łańcuszek do zegarka, spleciony z jasnych włosów najmłodszej siostry, tort migdałowy, pieczony w domu, wreszcie wielka, zalakowana butelka.

— Czy macie winnicę? — zapytała.

Roześmiał się głośno.

— Wino porzeczkowe! W naszym ogródku rośnie dużo porzeczek. Jako dziecko przepadałem za tym „winem”. Odtąd matka stale przesyła mi flaszkę tego napoju...

— Przypuszczam, że smakuje ci lepiej niż najdroż­sze reńskie wino... ale patrz, są tu też listy.

— Czy chcesz je przeczytać? Jestem tak wzruszony, że nie wiedziałbym, co czytam.

Usiadła na kanapie i zaczęła czytać z takim przeję­ciem, jakby w listach tych były niezwykle intere­sujące wiadomości. A były tylko typowe życzenia świąteczne sióstr i matki, były słowa żalu, że brat i syn bawi z dala, że nie może spędzić dzisiejszego wieczora wśród swoich...

— Czy jeszcze czytasz? — zapytał wreszcie. — Są to ludzie prości; gdy piszą, nie umieją wcale prze­lać na papier najlepszych swych myśli i uczuć... Mój Boże! płaczesz? Lotko!