Włożyła listy z powrotem do pudła i otarła szybko łzy.

— Pójdę sobie — szepnęła.

— Pójdziesz? Teraz? Dokąd? W taką śnieżycę? Zo­stań przez noc tu, jeśli chcesz... Obok jest kuchnia, prześpię się tam, zestawię kilka krzeseł...

Słuchała, mając oczy skierowane ku ziemi. Nagle spojrzała na niego tak, że mu serce poczęło mocno bić.

— Prawda, na dworze śnieżyca... I dokąd miałabym pójść teraz? Czy nie obchodzimy dziś Wilii? Ostatniej, którą spędzamy z sobą? Muszę i ja ci coś podarować...

— Mnie... podarować? — zapytał i spojrzał na nią zdziwiony.

— Jedyne, co jeszcze posiadam... siebie samą! — szepnęła i objęła ramionami jego szyję.

*

Gdy o świcie obudził się i usiadł na łóżku, nie zda­jąc sobie sprawy, czy śnił tylko, czy też rzeczywiście przeżył to przecudne zdarzenie — pokój był pusty... obszedł wszystkie kąty, zajrzał do kuchni; może dla żartu ukryła się?... Kilkakrotnie szepnął: Lotko... Lot­ko... Nikt nie odpowiadał. Zimno było bardzo w po­koju; wsunął się znowu pod kołdrę i ustawiwszy po­duszkę niemal pionowo, siedział, z trudem zbierając myśli.

Nagle straszne podejrzenie przemknęło mu po głowie. Szybko ubrał się i zapalił lampę. Na stole stało jeszcze pudło z podarunkami od rodziny. Tuż obok leżała kartka papieru. Pismo na niej było dość niewyraźne, jak gdyby ktoś ołówkiem pisał drżącą ręką w ciemności. Z trudem odcyfrowal: