„Żegnaj, mój drogi przyjacielu, mój jedyny przyjacielu! Sprawia mi ból, że muszę się w ten sposób z tobą rozstać. Ale nie ma innego sposobu; nie puściłbyś mnie tam, gdzie iść muszę... Dzięki za tę miłość i wierność. Ale cała słodycz twej duszy nie może usunąć goryczy, która się we mnie zebrała. Żegnaj! Śpisz, a ja pochylam się nad tobą, by cię raz jeszcze ucałować. Przypinam do bluzki broszkę z wężem. Teraz wolno mi ją nosić. Nie wiem, czy zdołasz odczytać te słowa; piszę w ciemnym zupełnie pokoju. Nie martw się; wierzaj, że jest mi teraz dobrze. Twoja wierna do śmierci!”
Służąca, która właśnie weszła do kuchni, by napalić w piecu, usłyszała przeraźliwy okrzyk w sąsiednim pokoju i przestraszona otworzyła drzwi. Ujrzała młodego studenta, leżącego na kanapie i przyciskającego dłonie do twarzy.
— Co się stało? — zapytała.
— Która godzina?
— Szósta.
— Podaj mi prędko płaszcz i laskę, idę...
Zerwał się z kanapy i poszedł w stronę drzwi.
— Bez czapki? Na taki mróz? Żywej duszy nie ma na ulicy.
— Gdzie czapka?
— Może by się pan napił kawy? Woda wkrótce się zagotuje...