Nie odpowiedział. Szybko zbiegł ze schodów.
Śnieg skrzypiał pod jego nogami. Na ciemnych ulicach panowała pustka. Tylko na skrzyżowaniach, oparci o mury domów, stali posterunkowi, otuleni w długie płaszcze. Gdy przyszedł na most, stwierdził, że rzeka w nocy pokryła się cienką warstwą lodu. Szedł wzdłuż brzegu rzeki, bacznie wpatrując się w powłokę lodową, jakby czegoś szukał. Potem zaczął błądzić w labiryncie ulic, bez planu, bez celu. Pędził go lęk, okropna wizja; szedł coraz szybciej; biegł, przystawał, rozglądał się — i znowu pędził naprzód.
Upłynęło kilka godzin, ulice zaczęły się już ożywiać, pierwsi przechodnie śpieszyli do kościołów.
Dostał się na krańce miasta. Wtem ujrzał dorożkę zatrzymującą się przed budką poborcy akcyzy. W szerokim futrze stał przed budką poborca i rozmawiał z policjantem siedzącym obok woźnicy na koźle.
— Muszę tę kontrabandę — mówił policjant — odstawić do sądu... Właśnie objąłem o świcie służbę i obszedłem swój rejon, gdy na pierwszej ławce ogrodu zastaję przyzwoicie ubraną kobietę; siedziała opierając się o poręcz, jakby spała. Moje dziecko, powiadam, proszę sobie poszukać lepiej ogrzanej sypialni... Kobieta ani drgnie... W ręce ma flaszeczkę... Otruła się, biedactwo... Zimna już... Do widzenia! Muszę ją odstawić do urzędu śledczego.
Woźnica trzasnął z bicza.
Poborca krzyknął:
— Czekajcie! Możecie zabrać ze sobą jeszcze jednego pasażera. Jakiś pan zajrzał do wnętrza dorożki... i bums... runął na śnieg. Złaź pan z kozła, mój drogi, i pomóż mi podnieść tego młodego człowieka. Musi to być nie lada pokraka, kiedy mdleje na widok trupa.
Woźnica i poborca zanieśli młodzieńca do budki i poczęli nacierać śniegiem. Jednak omdlenie było tak silne, iż dopiero wezwany lekarz przywrócił z trudem studenta praw Sebastiana Bastla do przytomności.
Po wielu tygodniach spędzonych w szpitalu odjechał ze stolicy do swych rodziców, którzy nigdy nie dowiedzieli się, dlaczego przez dalszy okres życia był taki smutny i ponury i dlaczego pędził życie odludka i samotnika.