Nie odpowiedziała na to pytanie. Dopiero po pe­wnym czasie zapytała:

— Czy znasz hrabiego de Gaillac?

Młodzieniec poruszył się tak gwałtownie, jakby nogą dotknął węża. Mruknął jakieś przekleństwo i zmiął w ręce kraj jedwabnej makaty, którą łóżko by­ło zasłane.

— Znasz go zapewne — mówiła dalej dziewczyna. — Również i ja go znam. Przed dwoma laty przybył podczas polowania do Montsalvaire z wielkim orsza­kiem rycerzy i pięknych dam. Całe to towarzystwo obozowało w gaju obok ogrodu klasztornego. Z altany mogłyśmy wszystko widzieć, uczty i pijatyki, słysza­łyśmy pieśni, które śpiewała kochanka hrabiego przy wtórze harfy. Niebawem przeorysza wypędziła nas z ogrodu i zamknęła w klasztorze, zakazując pojawiać się za furtą, póki ci ludzie są w pobliżu. Potem weszła do nas i powiedziała mi, że hrabia de Gaillac oczekuje mnie za kratą; chciałby mnie zobaczyć, gdyż ma dla mnie pozdrowienia od ojca. Przeorysza wzięła mnie za rękę i prowadząc szepnęła mi do ucha: „Jesteś na uświęconym miejscu; nawet sam szatan nie miałby tu władzy nad tobą...” Za kratą ujrzałam tego bezboż­nika z oczami jastrzębia, a twarzą wilka; obok niego stała piękna jego kochanka; mogłaby być raczej jego córką... Śmieli się, gdy pojawiłam się z przełożoną klasztoru; na jej widok zaprzestali chichotów. Słysza­łam, że hrabia mówi do swej kochanki po toskańsku; rozumiałam wszystko, ale trudno byłoby mi teraz te słowa powtórzyć... Potem zwrócił się do mnie i powie­dział, że mój ojciec jest jego najlepszym przyjacielem... Czułam, że na te słowa mąci mi się w głowie, miga mi przed oczyma — gdy oprzytomniałam, nie było ich więcej... Przeorysza ani słowem nigdy potem nie wspo­mniała o tych odwiedzinach, zakazała wymawiać na­zwisko hrabiego de Gaillac. Nie słyszałam też tego nazwiska do dnia dzisiejszego... aż własny ojciec mi oświadczył, że nieszczęsnej nocy, gdy już resztkę ma­jątku przegrał do tego człowieka... zagrał raz jeszcze w kości o bardzo wysoką stawkę... o rękę swej córki... i również przegrał...

Krzyk oburzenia i rozpaczy dobył się z piersi młodzieńca. Potem jednak ciało jego jakby znierucho­miało, głos uwiązł w gardle... W izbie zapanowała ci­sza...

— Nienawidzisz mego ojca, wiem o tym — rzekła wreszcie dziewczyna. — Wiem o tym od wielu lat i zawsze srodze się tym martwiłam. Ale to, co ci te­raz powiedziałam, niech nie pomnaża twej nienawiści. Gdyż jeśli istnieje na świecie nieszczęśliwiec, który już tu znosi wszystkie udręki piekła i pokutuje za swe grzechy, to jest nim, wierz mi, Geoffroy, pan de Ma­laspina, który chętnie zamieniłby się z każdym że­brakiem u bramy zamku przystającym, gdyby mógł cofnąć to, co się stało. Wijąc się jak wąż rzucony do ognia, kryjąc twarz w poduszce, by nie spojrzeć mi w oczy, ojciec opowiedział mi, jak się to wszystko sta­ło, jak go na zamku de Gaillac spojono winem, jak mu wciśnięto w rękę puchar z kośćmi. Gdy usłyszał szyderczy śmiech hrabiego, oprzytomniał i ujrzał prze­paść, w którą wtrącił swe ostatnie dobro: szczęście je­dynego dziecka... Usiłował na wszelkie sposoby odwieść zwycięzcę od domagania się wygranej, ofiarował mu się za pachołka, jeśliby tym mógł okupić długi... Na próżno. Hrabia roześmiał się szyderczo. Co? — powie­dział — chcesz wdać się ze mną w handel? Chcesz mi dać starego koguta za młode kurczątko? Mam dosyć pachołków; brak mi młodej żony; starzeję się, a ża­dnej z mych przyjaciółek tak nie miłuję, bym jej zapi­sał moje ziemie i zamki; a zresztą wiem, że każda z mych kochanek z młodszymi ode mnie chłopakami wychyliłaby kielich na wiadomość o mym wcze­snym zgonie. Wasza córka, panie de Malaspina — mó­wił de Gaillac — jest pobożna i cnotliwa; dobrze w klasztorze chowana, nawróci mnie, starego grzesz­nika, skłoni do bogobojnego życia. Nie oddałbym skar­bów całego świata za jej rękę, która otworzy mi wrota niebiańskie. I dlatego wzywam was, hrabio de Malas­pina, byście w ciągu trzech tygodni z nią tu przybyli i byli świadkiem naszego ślubu. Jako upominek ślub­ny dla mej narzeczonej a waszej córki ofiaruję wam z powrotem wszystkie pola i lasy, dwory i za­grody, które w ciągu lat od was wygrałem, byście nie jako biedak wydawali córę swą za mąż i na stare lata żyli znowu w dostatku... Po tych sło­wach pan de Gaillac wezwał służącego, aby mu po­świecił w drodze do sypialni, i zostawił mego ojca samego.

Geoffroy poruszył się, jakby chciał coś powiedzieć, Garcinda wstała, przystąpiła do niego i położyła swą drżącą rękę na jego dłoni.

— Kuzynie — rzekła — wiem, co chcesz powie­dzieć: że lepiej jest opuścić zamek i uciec w świat da­leki niż znosić hańbę i oddać diabłu ciało i duszę. Ale zważ, że ojciec mój nie posiada nic więcej prócz swe­go honoru, swego słowa rycerskiego. Czy wolno mi, córce jego, nakłaniać go do złamania słowa? Żywię je­dnak nadzieję, mój przyjacielu, że zdołam zapobiec nieszczęściu. Mam zamiar napisać list do tego, który do mnie nabył prawo, a ty... ty, jeśli mi dobrze życzysz, musisz list ten osobiście wręczyć panu de Gail­lac... i to dziś jeszcze; nie mogłabym bowiem spokoj­nie zasnąć, zanim nie otrzymam odpowiedzi. Wypocznij tu nieco i pokrzep się jedzeniem. Ja pójdę i napiszę list... W klasztorze zawsze chwalono mój kunszt pisa­nia... oby Bóg zezwolił, by teraz mi się ten kunszt przydał! Patrz, odchodzę stąd o wiele spokojniejsza, niźli przyszłam, chociaż nie powiedziałeś mi ani słowa pocieszenia. Ale tu, w tym miejscu, gdzie jako dzieci byliśmy tak szczęśliwi, tu nie mogę sobie wyobrazić, aby ten szatański plan mógł się ziścić i honor ojca okupiony został hańbą córki!

Geoffroy głęboko westchnął, przycisnął jej rękę do swych ust na znak, że godzi się na wszystko, co mu zleciła.

Wtedy Garcinda położyła swą rękę na jego ramie­niu i rzekła: