— Znaleźliby się już tacy, którzy by ci kupili najpiękniejsze rzeczy, gdybyś tylko chciała uprzejmie na nich spojrzeć.
Twarz jej nagle poczerwieniała. Zaczęła tak silnie uderzać siekierą w drzewo, że drzazgi padały daleko od pnia.
— Nie mam doprawdy nic złego na myśli, moje dziecko. Przecież nie spędzisz całego życia w tych murach... Dostaniesz za męża poczciwego chłopaka i zamieszkasz z nim w mieszkaniu o wiele lepszym niż ta wasza izba, w której byłem wczoraj. Czy nie chciałabyś tego, Filomeno?
— Nie chcę opuścić ojca — rzekła głuchym tonem.
— A cóż byś na to powiedziała, gdybym kupił ten zamek i kazał w nim odbudować dla siebie i dla was mieszkania? Czy wtedy zostałabyś wraz z ojcem przy mnie?
Zanim zdążyła odpowiedzieć, otwarły się w jednym z okien na piętrze okiennice i starucha poczęła skrzeczącym głosem miotać niezrozumiałe dla hrabiego słowa. Dziewczyna pośpiesznie zebrała do fartucha porąbane na opał drzewo i pobiegła do małych drewnianych drzwi, wiodących do wnętrza tej części zamku, w której znajdowało się mieszkanie rządcy. Hrabia czas jakiś przeczekał na podwórzu, łudząc się, że może przecież dziewczyna jeszcze zejdzie. Gdy jednak po dłuższym oczekiwaniu nie zjawiła się, opuścił teren zamczyska.
Przy najbliższym rozdrożu natknął się na starego pułkownika.
— Dlaczego mnie pan wczoraj opuścił? — zapytał hrabia.
— Nie łażę tam, gdzie nie mam nic do roboty — mruknął stary i ostro wpatrując się w hrabiego, zapytał: — Awantura rozwija się zupełnie normalnie? Czy ptaszek w klatce już obłaskawiony?
— Pułkowniku, pan mnie krzywdzi! Nie wie pan...