Hrabia uważnie mu się przyglądał. Badając, czy między ojcem a córką jest podobieństwo, nie dosłyszał wcale słów rządcy.
— Panie Weber — rzekł — jak długo bawi pan w tej okolicy?
— Co to ma wspólnego z kupnem zamku? — mruknął rządca. — Nie po to przyszedłem, by mówić o moich sprawach, a tylko by dowiedzieć się, czy pan hrabia chce naprawdę nabyć zamek.
— Drogi panie — uspokajał go hrabia — cóż się panu tak śpieszy? Niech pan siada... Oto przynoszą wino... Przyjemniej omawia się takie sprawy przy lampce...
— Dziękuję... nie piję....
— Widzę, że naprawdę panu się śpieszy. A więc chciałbym nabyć to zamczysko i odbudować części, które uległy zniszczeniu. Ale pojmie pan, że muszę się dokładniej jeszcze przyjrzeć, sprowadzić rzeczoznawcę, który by orzekł, czy stare mury wytrzymają remont; muszę też wiedzieć, ile żądają za swą posiadłość dotychczasowi właściciele; przecież nie można takiej sprawy załatwić od razu, tak jak pan to sobie wyobraża, natychmiast.
— Panie hrabio — odparł brodacz i zakłopotany obracał kapelusz w ręku — proszę mi tego nie brać za złe, ale muszę oświadczyć, że nie mogę sobie wyobrazić gorszego interesu niż kupno tych ruin; kto chce tracić pieniądze na te rumowiska, chyba stracił rozum...
— Niech mi pan to wytłumaczy, panie Weber, bo takie ogólnikowe sądy niewiele warte.
— Panie hrabio, za te pieniądze, które trzeba wydać, aby uprzątnąć rumowiska i dotrzeć do fundamentów, można by zbudować piękny dom. A potem, panie, co za koszta zwiezienia tam na górę materiału budowlanego!
— O tym pomówimy potem, gdy będzie z nami architekt. Ale czy wie pan, jaka jest cena kupna i czy ma pan pełnomocnictwo sprzedaży?