Brodacz wymienił bardzo poważną sumę i z wielkim zainteresowaniem śledził, jakie wrażenie wywrze ta wysoka cena kupna. Gdy jednak jowialna, okrągła twarz hrabiego pozostała nie zmieniona, brodacz przeraził się.

— To chodzi nie tylko o pieniądze, panie hrabio — rzekł pośpiesznie — zamek jest położony w niezdrowym punkcie; nigdzie w okolicy nie ma tyle szczurów, węży i skorpionów, jak w ruinach zamkowych. A ile robactwa gnieździ się w murach!

Brodacz rękawem kurtki otarł pot z czoła.

Hrabia nie przestawał go obserwować, ze zdziwie­niem stwierdzając rosnący wciąż niepokój rządcy.

— Panie Weber — rzekł, siląc się na najbardziej dobroduszny ton — widzę, że nie życzy pan sobie, abym kupił zamek.

— Mówię tylko to, co jest prawdą. A to, co mówię, mogą potwierdzić również i inni. Zresztą pan hrabia przekona się sam, gdy się bliżej rozejrzy. Wolałbym panu hrabiemu zaoszczędzić fatygi. Po co pana nara­żać na zwiedzanie tych zatęchłych nor i porozwalanych komnat? Wszak pan nie kupi tego zamku, jestem tego pewien; znam wielu, którzy tak samo jak pan gorącz­kowali się, a potem stracili zupełnie ochotę.

— Ale pan, panie Weber, przecież sam tu wytrzy­muje, chociaż, jak pan powiada, okolica jest niezdrowa. Węże, o których pan wspominał, nie zaszkodziły ani panu, ani córce... Prawda, że pan rzadko bawi w zam­czysku, ale córka...

— Panie hrabio! — stanowczym głosem zastrzegł się rządca — po raz drugi muszę prosić, aby osobę mo­jej córki nie mieszać do tej sprawy. Czy mam córkę, czy nie, to przecież nikogo nie obchodzi, chyba że pan hrabia właśnie...

Uczynił ruch, jakby zamierzał opuścić pokój.

— Myli się pan — rzekł hrabia spokojnie. — Gdy­bym kupił zamek, chętnie zostawiłbym pana na obec­nej posadzie. Chciałbym tam mieć zaufanego człowie­ka, znającego dokładnie teren; powierzyłbym panu nadzór nad budową i pieczę nad zamkiem w tych miesiącach, gdy mnie tu nie będzie.