— Musiałby się pan hrabia rozejrzeć za kim innym. Nie pozostanę tu ani dnia dłużej po ukończeniu formalności i przekazaniu panu hrabiemu praw własności do zamku.
— Dlaczego?
— To moja rzecz... Mam obowiązek pokazania panu hrabiemu wszystkiego, co jest godne widzenia w zamczysku. Proszę zatem o wyznaczenie terminu, kiedy to się ma odbyć. Ale bardzo proszę: w najbliższych dniach; potem znowu nie będzie mnie przez jakiś czas.
Hrabia zdał sobie sprawę, że nie wydobędzie z mrukliwego i małomównego brodacza żadnych więcej wiadomości, zakończył więc rozmowę słowami:
— Dobrze więc, przyjdę jutro rano. Pokaże mi pan zamek, a potem pomówimy o dalszych sprawach.
Nazajutrz o świcie hrabia wybrał się w drogę i idąc w stronę zamczyska, zastanawiał się, dlaczego Weber tak stanowczo opierał się, by nie zostać na miejscu po sprzedaży zamku. Zapewne coś ponurego w przeszłości zagnało go do tego samotnego kąta, może jakieś ciężkie przewinienie... A może też wyobraża sobie, że uczynię jego samotnię terenem głośnego, wesołego życia i zmącę ciszę, którą otoczył siebie i córkę...
Po drodze hrabia spotkał owego młodego lowelasa z Meranu, wracającego widocznie z nocnej schadzki, spędzonej w willi owej kokietki, której wspomnienie zupełnie już zatarło się w duszy hrabiego. Minął go obojętnie. Cóż go obchodziło teraz, czy młody elegant wraca od pokojówki, czy też od samej pani?
Wreszcie dotarł do zamczyska. Na podwórzu oczekiwał go Weber. Poczęli zwiedzać szczegółowo przestronne ruiny. Mając w pamięci wczorajsze opryskliwe słowa rządcy, hrabia ani słowem nie wspomniał o Filomenie. Zdziwił się jednak bardzo, że nie zastał jej w izbie, w której ją po raz pierwszy ujrzał przy kołowrotku. Siedziała tam tylko stara wiedźma i łapczywie zajadała polentę.
Hrabia opuścił pośpiesznie ponurą izbę i wszedł po drewnianych zmurszałych schodach na wyższe piętro. Znajdowały się tu jeszcze mury, ale brak było ścian przedzielających poszczególne komnaty. Strop był zupełnie zniszczony; między belkami poprzecznymi wił się powój, poprzez który widać było błękit nieba; olbrzymia hala stanowiła schronisko dla przeróżnego ptactwa gnieżdżącego się pod stropem. Przez okna pozbawione szyb roztaczał się wspaniały widok na pokryte winnicami stoki.
— To trzeba by przede wszystkim odnowić — rzekł hrabia — mam wrażenie, że stosunkowo niewielkim kosztem można by tu urządzić szereg przepysznych pokoi.