— Ależ, drogi przyjacielu...

— Przyjacielu? Między mną a hrabią nie ma mo­wy o przyjaźni. Zwiedził pan zamek. Stało się więc to, czego sobie pan życzył. Proszę w sprawie ceny kupna zwrócić się wprost do właściciela zamku. Tu nie ma pan hrabia nic więcej do roboty. Żegnam.

Ostatnie słowo poparł wymownym ruchem ręki, wskazując bramę.

Hrabia jednak nie ruszył się z miejsca.

— Panie Weber — rzekł — czy jest w tym coś złego, jeśli powitałem pańską córkę uprzejmym ski­nieniem głowy?

— Nie życzę sobie tego, panie hrabio. Nie mam wca­le ochoty dawać okazji próżniaczym arystokratom do uwodzenia uczciwych dziewcząt, a już zgoła nie chcę, by moja córka służyła komukolwiek za zabawkę...

— Panie Weber — przerwał mu hrabia z wielką sta­nowczością — jest pan albo głupcem, albo drabem, jeśli oburzasz się na to, co na całym świecie uchodzi za zwykły akt uprzejmości. Lituję się nad tym dziec­kiem, które ma poczciwą, niewinną twarz, a młodość swą musi spędzać tu, na odludziu. Oto wszystko. Za­pewniam pana solennie, nie chcę nic ani od pana, ani od pańskiej córki. I zapewniam pana również, że ile­kroć ją spotkam, powitam ją z wielką uprzejmością, nie zrażając się wcale pańską srogą miną.

— Zobaczymy... — rzekł stary i poszedł, zostawia­jąc hrabiego na podwórzu.

Przez kilka chwil hrabia zatrzymał się na miejscu, zanim zdecydował się opuścić teren zamczyska. Cie­mna głowa dziewczęcia nie pojawiła się więcej w ok­nie; wokół panowało grobowe milczenie... Przez kilka godzin hrabia, chodząc z kąta w kąt w małej izbie hotelowej, rozważał, jak ma teraz po­stąpić, gdy wszelki kontakt z zamczyskiem został w tak stanowczy sposób zerwany. Nie ukrywał już wcale przed sobą, że zainteresowanie jego dla dzie­wczyny nie wypływa wcale — jak to tłumaczył ojcu — tylko z litości; przeciwnie, zdawał sobie jasno spra­wę, że owładnęły nim całkiem inne uczucia.

Wreszcie po dniu spędzonym w przykrej rozterce wewnętrznej postanowił na czas jakiś zmienić miejsce pobytu, osiedlić się na kilka dni wysoko w górach, na połoninach, szukać uspokojenia w szałasie paster­skim, z dala od ludzi. Nazajutrz wynajął dwa muły i wraz ze swym służącym ruszył w drogę. Gdy prze­jeżdżał obok okrytego powojem zamczyska, najchęt­niej byłby odwrócił twarz. Mimo to oczy jego bystro wypatrywały, czy też nie dojrzą postaci dziewczęcej; zamczysko było jakby wymarłe; wzrok hrabiego nie dojrzał ani śladu żywej istoty... Przez cały czas jazdy hrabia pogrążony był w ponurym milczeniu. Służący próbował kilkakrotnie nawiązać rozmowę lub skiero­wać zainteresowanie swego pana na jakiś przedmiot; widząc jednak, że jego wysiłki nie odnoszą żadnego rezultatu, dał wreszcie pokój. W szałasie, w którym spędzili kilka dni, usposobienie hrabiego było jednakie; dniami całymi włóczył się po skałach i szczytach, jed­nak spokoju wewnętrznego, jaki mu dać miała przy­roda i samotność, nie zyskał. Tyle tylko że znużony wędrówkami zapadał co wieczora w ciężki sen, trwa­jący do świtu.