Wreszcie pewnego poranku kazał służącemu osiodłać zwierzęta i szykować się do powrotu. Zdawał sobie sprawę, że kuracja zupełnie się nie powiodła.
Po drodze zaskoczyła go gwałtowna burza i zmusiła do schronienia się na kilka godzin w nędznej chałupie przydrożnej.
Gdy ją opuszczał, deszcz wciąż jeszcze padał. Hrabia chciał jednak przed nocą stanąć w Meramie i dlatego nie bacząc na niepogodę wracał przez rozmokłe ścieżyny górskie ku miastu.
Gdy znalazł się w pobliżu zamczyska, ujrzał nagle u stóp drewnianego krzyża, wznoszącego się o kilkadziesiąt kroków od muru, jakąś postać kobiecą, przytuloną do krzyża. Dojrzał tylko z oddali część głowy i ramię oplatające pień drzewa. Nie miał jednak ani na chwilę wątpliwości, że jest to Filomena.
— Pojedziesz z mułami naprzód i będziesz mnie oczekiwał u wylotu parowu — rzekł do służącego.
Sam przystąpił do krzyża i pochylając się nad dziewczyną, rzekł:
— Co tu robisz, Filomeno? Dlaczego nie wracasz do izby? Jesteś cała przemoczona...
Nie odpowiedziała. Zakryła twarz rękami.
— Co ci dolega, Filomeno? Drżysz na całym ciele... Pójdź do izby; deszcz cię zmoczył, musisz się przebrać... Nie możesz przecież tu pozostać... Czy ojciec w domu?
— Nie.