Niebawem hrabia sam został pod krzyżem. Miał przykre uczucie, że interwencja jego tylko pogorszyła los biednej dziewczyny.
Wracając do Meranu, miał głowę zaprzątniętą jedną tylko myślą: jak by dopomóc tej nieszczęśliwej istocie. Bo że jej musi pomóc, uratować, wyzwolić — to sobie już święcie postanowił.
Niedługo bawił w swym pokoju w hotelu. Po burzy powietrze było tak rześkie, że postanowił przejść się.
Pierwsza znajoma twarz, którą spotkał na ulicy, była otoczona siwą gęstą brodą i ocieniona szerokim kapeluszem.
— Pułkowniku! — zawołał uradowany hrabia — nareszcie pana znowu spotykam! Brakło mi pana w tym nieszczęsnym ostatnim tygodniu.
Serdeczność bijąca ze słów hrabiego widocznie podziałała na starca.
— Po cóż mnie pan potrzebował? — rzekł, zatrzymując się, tonem mniej zimnym niż zwykle.
— Szanowny przyjacielu, musi pan wysłuchać mojej relacji. Dobrze mi to zrobi, jeśli potem pan wedle swego zwyczaju obleje mnie potokiem kpin. Jeśli nie ochłodzi to mej głowy, zrozumiem, że to, co we mnie płonie, nie jest słomianym ogniem, i utwierdzę się jeszcze bardziej w mych zamiarach.
— Tylko nie historie miłosne! — mruknął stary. — Czy nie skończył pan jeszcze z tą węgierską uwodzicielką? A może wdał się pan z kopciuszkiem w zaczarowanym zamczysku?
— Dowie się pan o wszystkim, pułkowniku. Ale wstąpmy do jakiegoś szynku. Przez cały dzień byłem w drodze, jestem zmęczony i pokrzepiłbym się chętnie szklanką wina. Bądź pan spokojny, nie zaprowadzę pana między ludzi cywilizowanych; usiądziemy między chłopstwem, gdzie nikt pana nie zna i nikt nie zechce narzucać się. Ot tu mamy małą winiarnię. Co niedziela przychodzą tu włoscy murarze, śpiewają i piją. Dziś tu mało będzie gości, a już z pewnością nie ujrzymy nikogo z tak zwanego „towarzystwa”, z którym i ja dziś chętnie uniknąłbym spotkania.