Nie zatrzymali się w obszernej szynkowni, lecz we­szli do niewielkiego pokoiku za nią, w którym znaj­dowały się tylko dwa stoły. W szynkowni siedziało niewielu chłopów; burza wypłoszyła ich z miasta; czym prędzej pośpieszyli do swych winnic, by się przekonać, czy nie ma jakowejś szkody; w izdebce za szynikownią przy jednym stole nie było nikogo, przy drugim zaś siedział skromnie, ale po miejsku ubrany człowiek, który przy świetle lampy czytał gazety; tak był zatopiony w lekturze, że nie zauważył wcale, gdy hrabia i pułkownik zasiedli na drugim końcu podłużnego stołu. Kelnerka przyniosła karafkę wina; pułkownik wypił niewiele, natomiast hrabia jednym haustem wychylił całą szklankę. Pułkownik sięgnął do swej skórzanej torby i dobył z niej jakieś kamie­nie, którym począł się bacznie przypatrywać przez lupę. Nie przerywał tego zajęcia przez cały czas, gdy hrabia zdawał mu sprawę z zaszłych ostatnio wy­padków.

— Niech mnie pan zechce zrozumieć — kończył hrabia swą relację (mówił cały czas półgłosem, by sie­dzący po drugiej stronie stołu jegomość nie słyszał jego słów). — Przede wszystkim muszę się jeszcze dokładniej przypatrzyć temu Weberowi. O niewinności i uczciwości dziewczyny jestem przekonany. Gdyby pan widział, z jaką rozpaczą, kurczowo trzymała się krzyża, przyznałby mi pan rację, że w tym wypadku nie wolno się liczyć z żadnymi innymi względami, że jest wprost obowiązkiem wyzwolić tę nieszczęśliwą istotę z okropnego środowiska, w jakim się znajduje. Zaprawdę, jest to klejnot, który należy tylko oprawić ma nowo, by zajaśniał wspaniałymi barwami!

— Więc ma pan zamiar dać temu klejnotowi opra­wę pierścienia i ozdobić nim hrabiowską rękę?

— Cóż by w tym było złego? — zapytał hrabia z wielkim ożywieniem. — Na razie sprawa je­szcze tak daleko się nie posunęła. Coś w każdym razie musi się stać. Przede wszystkim trzeba ją uwolnić spod opieki starej wiedźmy, przekonać się, co to za fi­gura ten Weber, podający się za jej ojca. A gdyby mi się udało umieścić ją w innym środowisku...

— Wtedy zrobiłby pan z niej hrabinę lub co naj­mniej zaszczyciłby pan ją rolą swej kochanki...

— Pułkowniku! — oburzył się hrabia i twarz jego pociemniała. — Ale dlaczego mam się gorączkować? Niech pan sądzi o moich zasadach i planach, co się mu podoba. Chciałbym tylko, by mi pan poradził, gdzie byłoby najodpowiedniej umieścić na razie dziewczynę. Bo wprost z tej pustaci osadzić ją w jakimś miejskim pensjonacie wydaje mi się zbyt ryzykowne, oczywiście o ile zdołam się w ogóle porozumieć z jej ojcem i uda mi się dojść tajemnicy tej dziwnej ro­dziny...

Przerwała mu głośna rozmowa kilku osób, które właśnie weszły do pokoju, minąwszy bez zatrzymania się szynkownię. Zajęli miejsce przy drugim stole, było ich trzech. W jednym z nich hrabia rozpoznał młodego eleganta, kochanka węgierskiej pokojówki. Towarzysz jego głośno domagał się wina, a trzeci, po którym można było poznać, że już dziś wychylił nieje­dną szklankę, obejmował kelnerkę i szeptał jej coś do ucha. Trzej młodzieńcy nie krępowali się zu­pełnie obecnością innych gości, mówili głośno i bez wstydu o różnych intymnych sprawach, jakby sa­mi byli w pokoju. Wreszcie lowelas wyjął z kiesze­ni portfel wypełniony banknotami, a z drugiej talię kart i zaproponował swym kamratom partyjkę. Nie­bawem wszyscy trzej byli pogrążeni w grze.

Jegomość czytający gazety zupełnie nie zwracał uwagi na to, co trzej weseli kompani mówili i czynili; pułkownik studiował obojętnie swoje minerały.

Przez czas jakiś było dosyć cicho przy stole, przy którym siedzieli gracze. Tylko ten, który był najbar­dziej pijany, interpretował każdą fazę gry swymi uwa­gami, posługując się wyrazami zarówno włoskimi, jak francuskimi i niemieckimi. Wtedy przystojny lowelas i jego towarzysz strofowali go wzywając, by nie prze­szkadzał w grze.

Na zegarze kościoła parafialnego wybiła dziewiąta. Szybko zapadła noc. Na ulicach stawało się coraz ciszej. Czasem tylko słychać było przez otwarte drzwi szynku głosy przechodniów. W pokoiku, w którym przy dwu stołach siedzieli goście, paliły się lampy naftowe, natomiast w przedniej izbie było pusto, panował pół­mrok; nie zapalono tu wcale lampy, a skąpe światło sączyło się z przyległego pokoju.