Niebawem do szynikowni wszedł jakiś człowiek, usiadł przy stole tuż obok drzwi wejściowych i zażądał wina i chleba. Gdy kelnerka chciała postawić na stole świecę i pozdrowiła go słowami: „Dobry wieczór, panie Weber!” — rzekł szeptem:
— Cicho! Szkoda światła. Trafię i tak do szklanki.
Gdy dziewczyna odeszła, by zająć się gośćmi w przyległym pokoiku, Weber zdjął pilśniowy kapelusz i sięgnął do kieszeni, by wyjąć chustkę i obetrzeć spocone czoło. Ale zamiast swej kraciastej grubej chustki płóciennej wyjął śnieżnobiałą, batystową. Zgrzytnął zębami i umieścił ją w drugiej kieszeni.
Była to ta sama chustka, którą hrabia wręczył płaczącej Filomenie pod krzyżem, by otarła zapłakaną twarz. Dziewczyna zatrzymała ją mechanicznie w ręce, gdy babka zaciągnęła ją z powrotem do zamczyska. Niebawem wrócił ojciec i rozpoczął dokładną indagację. Kazał sobie opowiedzieć każde słowo jej rozmowy z hrabią. Nie rzekł potem ani słówka, nie klął, nie gromił, tylko jego krzaczaste, rudawe brwi ściągnęły się ponuro pod głęboko osadzonymi oczami.
— Czy powiedział, że cię kocha?
— Tak, ojcze.
— I że chce ze mną mówić?
— Tak, ojcze.
— Ladro maledetto!20 — mruknęła starucha.
— Cicho, matko... Połóż się do łóżka, Meno. Daj mi tę białą chusteczkę. Chciał mówić ze mną? Pomówię ja z nim...