Teraz dopiero okazało się, jak silne było wzburzenie, które hrabia z trudem ukrywał dotychczas pod formą rycerskich zwyczajów. Zdzierżył pole, ale zwycięstwo było właściwie klęską. Wzburzony chodził po pokoju z kąta w kąt, zaglądał do pierwszej izby szynkowni.
— Czy szuka pan tu kogo? — zapytała kelnerka. — Nikogo tu już nie ma. Ostatni wyszedł pan Weber.
— Weber? — zawołał hrabia z najwyższym zdumieniem. — Jaki Weber?
— Ten z Planty... Przed chwilą wyszedł.
— Dokąd? Nie wie pani?
— Skąd mam wiedzieć?... Czy mam przynieść jeszcze wina, panie?
Hrabia nie odpowiedział, wrócił do stołu i powiedział do pułkownika:
— Ojciec jej był w sąsiednim pokoju. Słyszał wszystko. Cóż pan na to, pułkowniku?
— Może pan sobie pogratulować — mruknął stary. — Wygląda pan, jakby pana wąż ukąsił. Bądź pan kontent. Gdyby nie to ukąszenie, byłby pan poszedł dalej i ugrzązł w bagnie. Teraz pan wie, co o tym wszystkim sądzić. Tak, tak, hrabio, mówiłem panu przecież: przyroda stworzyła cudowne kulisy osłaniające zgniliznę. Tam gdzie są ludzie, wszędzie są bagniska, trujące opary, pleśń...
Hrabia odczytał bilet wręczony mu uprzednio przez młodego eleganta i rzekł: