Gdy Filomena miała szesnaście lat, ojciec zaręczył ją z dalekim swym krewnym, człowiekiem już starszym. Dziewczyna zgodziła się; była jeszcze niemal dziec­kiem, serce jej milczało, nie znała zupełnie życia; była posłuszna ojcu, któremu się zdawało, że w ten sposób najlepiej zabezpieczy jej przyszłość. Natomiast ze starszą swą córką miał wiele kłopotu; nie godziła się na żadnego z licznych konkurentów, dawała kosza najprzystojniejszym i najzamożniejszym chłopcom. Ale nie była doprawdy z kamienia, jak ludzie przypusz­czali. Miała w tajemnicy przed wszystkimi amanta; był to młody gajowy, pracujący u jej ojca, wesoły, zuchwały chłopak, pełen temperamentu Włoch. Weber nie lubił go. Weber z lat swej służby wojskowej za­chował wiele cech żołnierskich; cenił przede wszyst­kim punktualność, dokładność — a młody gajowy był typowym Włochem, gorącej krwi, namiętnym, często nawet w służbie dającym folgę swemu nieposkromio­nemu temperamentowi. A kiedy wreszcie ojciec zmiar­kował, że młody gajowy bałamuci mu córkę — po prostu go wypędził.

Oczywiście nie oziębiło to stosunku między młody­mi; wprost przeciwnie: zbliżyło ich jeszcze bardziej. Około pół godziny drogi od leśniczówki, w głę­bi lasu, znajdował się szałas, będący w zimie schro­nieniem dla drwali. Tam nocną porą wykradała się z domu rezolutna dziewczyna i tam przybywał też jej chłopak z Trydentu, gdzie po odejściu od Webera przyjął posadę u tkacza. Nikt nie wiedział o tych schadzkach. Dziewczyna pilnowała swej cnoty; sa­motne schadzki nocne w szałasie nie zawróciły jej w głowie; bunt krwi gorącej nie doprowadził jej do upadku... I rzecz dziwna: mimo to chłopak nie zrażał się, latem i zimą odbywał uciążliwą, wielogodzinną drogę z miasta, byle tylko z godzinkę porozmawiać ze swą ukochaną... Była od niego o dwa lata starsza; a że dziewczęta włoskie szybciej przekwitają, zaś chłopak był biedny jak mysz kościelna, przyszłość tych dwojga była bardzo niepewna... Ale mało ich to obcho­dziło...

Wybuchła wtedy właśnie wojna włosko-austriacka. Austriacy brali rekruta również i w południowym Tyrolu. Wtedy jeszcze chłopcy wyciągali losy, kto z nich ma służyć w wojsku.

Zbliżał się dzień, w którym w Trydencie miało od­być się losowanie; Anna srodze się trapiła, ale w domu ani słowem nie wspominała o tym, że lęka się o swego chłopaka. Ostatniej nocy przed terminem losowania udała się do szałasu; przybył tam też jej chłopak; był jak zwykle wesoły, kpił z jej zmartwienia, utrzymy­wał, że z pewnością nie wyciągnie kartki, na której znajduje się fatalny wyraz „wzięty!”, gdyż jakaś stara baba dała mu niezawodny środek na wyciągnięcie pu­stej kartki. Oto trzeba trzy razy napluć na prawą dłoń, lewą zrobić trzy razy znak krzyża, potem prawą rękę zakopać w ziemi i wyjąć ją dopiero po trzech pacierzach.

Nie uspokoiło to jednak wcale dziewczyny. Rozstali się niebawem. Ona płacząc, on śmiejąc się. Obiecał jej, że bez względu na to, jak wypadnie losowanie, stawi się następnej nocy w szałasie, by ją powiado­mić o wyniku.

Proszę sobie wyobrazić przerażenie biednego chło­paka, gdy nazajutrz wbrew swej nadziei i wbrew cza­rodziejskiej formułce wyciągnął kartkę „wzięty!” Ba, natychmiast po losowaniu usłyszał rozkaz, że żadne­mu z nowych rekrutów nie wolno więcej opuścić koszar... Zdarzało się bowiem, że wzięci do wojska chłopcy woleli dezerterować niż jako żołnierze austriac­cy strzelać do własnych rodaków. Toteż pobór do wojska przeprowadzano z niezwykłą surowością; ogła­szano młodym rekrutom, że każda próba ucieczki pociągnie za sobą niechybną śmierć przez rozstrze­lanie.

Kochanek Anny udawał, że nie ma wcale zamiaru uciekać. Wcześnie wieczorem ułożył się w koszarach na pryczy. Ale gdy rano przy apelu, odczytano jego nazwisko — nikt się nie odezwał słowem „jestem!”... Znikł... Nie natrafiono na żaden ślad, który by wskazywał, w jaki sposób zdołał uciec; prawdopodobnie wylazł kominem na dach i po rynnie wydostał się poza koszary; możliwe, że chciał tą samą drogą po zobaczeniu się z Anną wrócić.

Niestety, nie powiodło mu się to... Patrole wysłane za nim długo go szukały, aż wreszcie znalazły u stóp skały, o kilka kilometrów od miasta; leżał na wpół omdlały; miał złamaną nogę. W jaki sposób się tam znalazł, czy spadł ze skały — nie można było zeń wy­dobyć. Możliwe, że zmniejszono by mu karę, gdyby był wyznał, że chciał pożegnać się z kochanką, gdyby był zapewnił, że miał zamiar wrócić o świcie. Ale mil­czał, odmawiał wyjaśnień: nic go zatem na sądzie do­raźnym nie mogło uratować.

Wiadomość o zaszłych wypadkach lotem błyskawicy obiegła okoliczne wsie. Do leśniczówki przyniósł ją sam Weber; choć nie lubił chłopaka, to jednak żal mu było, że miał tak marnie skończyć. Anna wysłuchała jego relacji w milczeniu. W pięć minut potem zniknęła z domu. Było to po południu.

Do tego momentu wszystko w tej smutnej historii jest zrozumiałe. Zresztą takie wypadki już się zda­rzały. Ale to, co od tej chwili zaszło, jest zgoła nie­wytłumaczalne! W moim zawodzie dostrzega się ra­czej ciemne niż jasne strony ludzkich charakterów. Homo homini lupus29. Na ten temat sędziowie mogliby więcej powiedzieć niż inni ludzie. Ale na to, co w da­nym wypadku zaszło, nie byłem naprawdę przygoto­wany!