Oto komendantem oddziału, złożonego z nowych re­krutów, był pewien młody oficer; nie chcę wymienić jego nazwiska, gdyż ojciec jego, również oficer, i to starszy rangą, żyje może jeszcze, choć od owego cza­su nie wiadomo, gdzie się obraca i co się z nim stało. Syn robił doskonałe wrażenie; często spotykałem go w restauracji wieczorami i chętnie z nim rozmawia­łem; był to człowiek skromny, wytworny i inteli­gentny. W południe tego fatalnego dnia spotkałem go na ulicy; był bardzo zasmucony tym, że nie można wcale pomóc chłopakowi.

O szóstej miano go rozstrzelać. Chłopiec już się wy­spowiadał i napisał kartkę do jednego z przyjaciół z prośbą, aby udał się do Anny i złożył w jej ręce za­łączony list pożegnalny. Nie lękał się wcale śmierci; zachowywał się w ostatnich godzinach z wielką god­nością.

Gdy w kilka godzin potem usłyszałem salwę — po­myślałem, jak straszną być musiała dla młodego i in­teligentnego oficera chwila, w której wydał rozkaz strzelania.

Nie przybył wieczorem, jak zwykle, do restauracji; przypuszczałem, że zbyt silnie wstrząsnęła nim egze­kucja. Ach, jakże daleki byłem od tego, by zrozumieć powód jego nieobecności!

Ordynans tego oficera zeznał potem, gdy go prze­słuchiwałem, że tego wieczora, w godzinę po egzekucji, pojawiła się w mieszkaniu jakaś smukła, bardzo przy­stojna dziewczyna. Nie znał jej wcale. Kazał jej pocze­kać w przedpokoju, a sam poszedł do koszar, by spro­wadzić porucznika. Ordynans przypuszczał, że chodzi tu o jakąś miłostkę jego pana; dziwił się jednak, gdyż młody oficer wcale nie zadawał się z miejscowymi dziewczętami z ludu. Ale gdy taka przystojna panienka sama przychodzi do kwatery — myślał — to pan porucznik chyba nie będzie głupi...

Podsłuchiwał pod drzwiami, co się dzieje w pokoju oficera; ale ten rozmawiał z dziewczyną tak cicho, że ani słowa nie rozumiał. Gdy jednak pobyt dziewczyny przedłużał się ponad miarę, wszedł pod pozorem ja­kiegoś meldunku dość obojętnej treści. Dziewczynę zastał siedzącą na kolanach oficera, który ofuknął go i kazał mu natychmiast wynieść się z pokoju.

Po przeszło godzinie dziewczyna wyszła sama; ordynans zauważył, że twarz jej była niezwykle bla­da. Stała przez kilka chwil w przedpokoju, jakby sobie dopiero teraz przypomniała, gdzie się znajduje. Potem kilka razy ręką potarła czoło. Wreszcie zapu­kała do drzwi wiodących do pokoju oficera. Nie rea­gował na to zupełnie; z pokoju nie dochodził żaden głos. Wtedy poczęła silniej pukać i rzekła wreszcie głośno:

— Niech mi pan wyda kartkę... tę z ułaskawieniem... zostawiłam ją na stole; chcę ją zanieść do niego... mu­szę ją mieć; nie uwierzą mi przecież, gdy przyjdę z pustymi rękoma...

Drzwi nie otworzyły się; w pokoju panowało mil­czenie. Dziewczyna zaczęła się jeszcze gwałtowniej dobijać.

Wtedy ordynans zapytał ją, czego właściwie chce i o jakie ułaskawienie chodzi.