— Tak jest — począł znowu sędzia swą opowieść.
— Ale jeśli pana to tak przejmuje, to może przemilczę dalszy ciąg tej tragicznej historii.
— Nie, panie sędzio, bardzo proszę, niech pan mówi dalej! — nalegał hrabia.
Trwało jednak jeszcze dość długo, nim sędzia, przejęty naporem wspomnień, zdołał się tak dalece opanować, by spokojnie dalej mówić.
— Widzi pan — rzekł wreszcie — po dzień dzisiejszy nie mogę sobie zdać sprawy z postępowania tych ludzi i postępku oficera. Stosunkowo najlepiej rozumiem Annę. Zobowiązała swego ukochanego, by do niej następnej nocy przyszedł; uważała się więc poniekąd za winowajczynię, za sprawczynię moralną tej nieszczęsnej nocnej wyprawy. Wiedziała też, że raczej dałby się usmażyć w smole, niżby zdradził, iż wykradał się na schadzkę z nią. Niech pan również uwzględni, że była to dziewczyna o niezwykłej sile woli, i przy tym czysta dusza, zdająca sobie sprawę z całej ohydy postępku owego oficera austriackiego i z ceny, jaką okupić musiała ułaskawienie swego ukochanego... Czyż wiemy, do czego biednego, bezradnego człowieka może doprowadzić lęk? Czyż nie robi on czasem z ludzi słabych bohaterów, i na odwrót: czy nie łamie najsilniejszych natur, tak iż tracą wszelką rozwagę? Pojmuję więc dalsze postępki tej dziewczyny, umiem je sobie wytłumaczyć. Ale on, uwodziciel, jest dla mnie zagadką! Wiem, że szał nagle ogarniającej człowieka zmysłowości nie daje się ująć żadnymi normami logiki. Ale znałem przecież tego oficera, rozmawiałem z nim wiele razy, spędziłem z nim wiele wieczorów — nigdy nie byłbym przypuszczał, że w jego mózgu mogła powstać taka szatańska, ohydna myśl. Czy przelana świeżo krew biednego żołnierza uczyniła go bestią w ludzkim ciele? Czy jakiś demon nagle go opętał, by zhańbić biedną dziewczynę, której kochanka przed chwilą kazał rozstrzelać? Czy był po prostu pijany? A może zrobił to w przystępie szału?
Niekiedy byłem skłonny przypuszczać, że rzeczywiście działał pod wpływem ataku szaleństwa. Bo to, co potem nastąpiło, nasuwa poważne wątpliwości, czy panował nad swymi władzami umysłowymi. Następnego dnia wszyscy zauważyli, że jest dziwnie roztargniony i przygnębiony. Niedbale załatwiał swe sprawy służbowe, ni stąd, ni zowąd wydał rozkaz, by kompania nazajutrz odmaszerowała. Pobór nie był jeszcze ukończony, oddział należało wprzódy zorganizować. Pytano go, czy otrzymał rozkazy przyśpieszające odmarsz. Zaprzeczył. Mimo to naglił swych podwładnych do pośpiechu; termin zbiórki i odmarszu wyznaczył na dzień następny.
Ordynans jego zeznał, że w południe tego dnia jakiś chłopak przyniósł list, który porucznika bardzo uradował. Posłaniec nie chciał przyjąć napiwku za doręczenie listu; oświadczył tylko, że wróci koło wieczora, by wskazać porucznikowi drogę. Ordynansowi wydało się to wszystko podejrzane: dnia poprzedniego wizyta dziewczyny, dziś list... nocna wycieczka... Odradzał więc swemu panu wdawać się tuż przed odmarszem w nową przygodę, lecz porucznik ofuknął go i zakazał wtrącać się w nie swoje sprawy.
Gdy zapadł zmierzch, pojawił się znowu ten sam posłaniec i porucznik poszedł z nim.
Nazajutrz rano ordynans zastał pokój swego oficera pusty; porucznik nie wrócił ze swej nocnej wyprawy... Gdy zbliżała się pora południowa, a oficera jeszcze nie było, ordynans przybiegł do mnie (wiedział, że jestem sędzią i że znałem dobrze porucznika) i opowiedział mi o zniknięciu oficera.
Udałem się natychmiast z patrolem policyjnym do leśniczówki. Droga była daleka i uciążliwa; kilka godzin pięliśmy się w górę.