Zastałem całą rodzinę pogrążoną w rozpaczy. Leśniczy opowiedział mi, że rano, gdy siedział przy śniadaniu, weszła do izby Anna; spódnicę miała poplamioną i podartą, włosy zmierzwione, wyraz twarzy niesamowity. Zaczęła głośno śpiewać jakieś niezrozumiałe wyrazy i wezwała obecnych, by również śpiewali. A na pytanie, co to wszystko znaczy, odpowiedziała: „Piekło jest poskromione, gad zdeptany, Alleluja!” I znowu zaczęła śpiewać. Wreszcie zamilkła, przerażony wzrok skierowała ku ziemi i poczęła krzyczeć: „Mrówki! mrówki! nie odpędzajcie ich! wykonują tylko swą powinność”. Po czym wybuchnęła śmiechem... Z trudem umieszczono ją wreszcie w izdebce na poddaszu; tam od czasu do czasu śpiewa, a potem wybucha spazmatycznym śmiechem i powtarza owe niezrozumiałe zgoła wyrazy...
Poszedłem na poddasze wraz z podoficerem, komendantem patrolu. Drzwi do izdebki były zaryglowane; w izbie panowała ciemność, nie mogłem dojrzeć Anny; na moje pytania nie dawała wcale odpowiedzi, wciąż to śpiewała, to śmiała się, to powtarzała słowa: „Mrówki, mrówki! Nie odpędzajcie ich!...”
Zostawiłem kilku policjantów w leśniczówce, a z resztą patrolu i leśniczym zacząłem badać teren; w mieście zaopatrzyliśmy się przedtem w latarnie i pochodnie.
Widzę jeszcze teraz twarz młodszej córki leśniczego, Filomeny. Siedziała obok pieca, osowiała, sztywna, blada. Jej narzeczony na próżno starał się nakłonić ją, by przemówiła. Czy wiedziała więcej niż inni? Czy Anna się jej zwierzyła? Nie mogłem zdać sobie z tego sprawy. Siedziała skulona, jakby przed nią i za nią była przepaść... Narzeczony wreszcie dał pokój naleganiom, by przemówiła, i przyłączył się do nas. Był to spokojny mieszczanin z Trydentu, widziałem, że cała afera jest mu bardzo przykra; poczuwał się jednak do obowiązku pójść z nami.
Trafnym instynktem wiedzeni, dostaliśmy się do szałasu, w którym Anna miewała schadzki ze swym ukochanym. Wewnątrz nie było wiele przedmiotów: w kącie legowisko, na ławie wielki dzban, który leśniczy od razu rozpoznał jako swój; obok dwie szklanki; jedna z nich była pusta, a druga napełniona winem. Pod ławą leżał mundur porucznika... Obok zegarek i portfel, który ordynans od razu poznał.
Natomiast w szałasie ani śladu oficera... Również w pobliżu... Nigdzie śladu krwi, nigdzie śladu jakiejkolwiek walki. Podzieliliśmy się na mniejsze patrole i rozproszyli po okolicy. Leśniczy, ordynans i ja samotrzeć30 ruszyliśmy w jedną stronę...
Będę się streszczał. Doszliśmy na skraj dość głębokiej przepaści. Księżyc świecił i mogliśmy na wielką odległość wszystko dokładnie widzieć. Kilka drzew rosło tuż nad skalistym brzegiem przepaści. „Co tam wisi białego?” — zawołał nagle ordynans i stanął jak skamieniały. Spojrzałem w tę stronę i oniemiałem z przerażenia. Sosna rosła na skraju przepaści; na najniższej jej gałęzi, wznoszącej się nad skałą na wysokości człowieka, wisiał nieszczęsny porucznik; miał na sobie tylko spodnie i koszulę; ręce miał sznurem związane na plecach; nogi, również tuż nad stopami mocno związane, obejmowały gałąź, zaś głowa zwieszała się w dół... Włosy sięgały niemal ziemi... I tu właśnie, między korzeniami drzewa, mrówki zbudowały sobie olbrzymie mrowisko... Widać je było łażące po sinej głowie...
— Dość już!... — jęknął hrabia i zerwał się z ławki. Zaczął biegać po pokoju, wypił duszkiem szklankę wina. Na czole jego pojawiły się krople potu.
— Jeszcze tylko kilka słów, a skończę moją opowieść — rzekł sędzia. — Muszę stwierdzić, że ta szatańska zemsta nie była wymysłem dziewczyny; jest to prastary zwyczaj, stosowany wciąż jeszcze, acz bardzo rzadko, w odwiecznej walce między kłusownikami a leśniczymi. Ja sam, chwała Bogu, w mej długiej praktyce raz tylko miałem taki wypadek. Anna, uświadomiwszy sobie, jakie łajdactwo zostało przez oficera na niej popełnione, obmyśliła ten rodzaj zemsty, o której zapewne jako córka leśniczego musiała niejednokrotnie słyszeć. Pominę dalsze szczegóły. Trupa przenieśliśmy do leśniczówki. Porucznik zginął w najstraszniejszych mękach. Trudno nam było sobie wyobrazić, jak ta dziewczyna sama mogła dokonać tego okropnego czynu. Stwierdzone jest bowiem, że nie miała żadnego pomocnika. Sama związała oficera, pogrążonego we śnie, sama zawlokła go na kraj przepaści i tu powiesiła głową w dół.
Bardziej jeszcze przejmującą była chwila, gdy przynieśliśmy zwłoki do leśniczówki. Babka dość obojętnie przypatrywała się, natomiast młodsza siostra, Filomena, z przeraźliwym krzykiem rzuciła się na zwłoki i zemdlała. Ocuciliśmy ją wreszcie. Weber nie dobył z gardła ani słowa. Mimo swej srogości i akuratności w służbie był to w życiu prywatnym wcale miły człowiek, często żartował z swymi dziećmi i chętnie też wiódł rozmowy z przyjaciółmi przy flaszce wina. Od tego dnia nigdy uśmiech nie wykwitł na jego twarzy; nigdy nie wziął do ust kropli wina, unikał towarzystwa. Z wielkim trudem zdołałem go nakłonić, by umieścił Annę w zakładzie dla obłąkanych. Musiałem mu tłumaczyć, że pobyt jej w domu fatalnie mógłby oddziałać na młodszą siostrę; Anna do tego czasu bawi31 w zakładzie, jest spokojna i cicha, a tylko czasem nagle zaczyna śmiać się i wołać: „Mrówki, mrówki!”... Filomena uspokoiła się po pewnym czasie, jestem przekonany, że mogłaby być jeszcze szczęśliwa, gdyby znalazła męża i wyrwała się ze środowiska, w którym dotychczas tkwi, a więc spod opieki starej wiedźmy i ojca złamanego nieszczęściem. Pierwszy jej narzeczony, ów kupiec z Trydentu, tuż po tej tragicznej aferze wycofał się. Ani ojciec, ani córka nie żałowali tego. Weber zrzekł się posady leśniczego. Wyznaczono mu emeryturę. Chciał gwałtem wydostać się z okolicy, w której spotkało go tyle nieszczęść. Nie przyjął żadnej z ofiarowanych mu posad. Nie chciał mieć do czynienia z ludźmi, którzy by mu przypominali przeszłość. Wreszcie otrzymał stanowisko zarządcy w pustym zamczysku Planta. Zmienił też za zgodą władz nazwisko. Przybył tu z dalekich stron; nikt go nie znał; nikt prócz wójta i mnie nie wiedział, jaka tragedia przeobraziła tego pogodnego dawniej człowieka w mruka i odludka. Zaczął interesować się głównie konkursami strzeleckimi. Nie bez kozery. Opanowała go bowiem idée fixe32, że najlepiej uczyni, jeśli z córką wyemigruje do Ameryki; tam może Filomena zdoła zapomnieć o tragicznych przeżyciach swej młodości. A że nie ma żadnego majątku, postanowił zebrać na koszta podróży zdobywaniem premii na konkursach strzeleckich. Odmawia też sobie i swej rodzinie wszystkiego, byle tylko zaoszczędzić potrzebną sumę. Zauważył pan zapewne, jaka nędza tam u nich w domu panuje. Ludzie ci żyją tylko chlebem, polentą i nabiałem. Nigdy nie jedzą mięsa, Weber ani kropli wina do ust nie bierze.