— Ale stara pije. Mówiła mi to Filomena — zau­ważył hrabia.

— Widocznie po kryjomu skądś sobie sprowadza wi­no. Bo Weber nigdy nie sięga do szklanki. Oszczędza na wszystkim, jedzeniu, ubraniu, byle tylko zebrać po­trzebną gotówkę. Nie wiem, kiedy będzie gotów do wyjazdu, ale jestem pewien, że z chwilą, w której będzie miał dosyć gotówki, ruszy w świat wraz z córką. Wziąłby chętnie z sobą również i starsze swe dziecko, ale Anna, nieuleczalnie chora w zakładzie, w któ­rym jest umieszczona, zemrze wreszcie; obecnie już nikogo ze swej rodziny nie poznaje...

Teraz pan pojmie, dlaczego Weber z niechęcią patrzy na każdego, kto zbliża się do jego córki, dlaczego stroni od ludzi. Życzę mu z całego serca, by jak naj­prędzej zdołał wykonać swój plan i wyjechał do Ame­ryki. Może podróż i pobyt w odmiennych warunkach zdołają tych poczciwych i zacnych ludzi przeobrazić, tchnąć w nich otuchę, chęć nowego życia. A może tam za oceanem znajdzie Weber również towarzysza nie­doli. Bo, jak już panu wspomniałem, także i ojciec po­rucznika przepadł bez wieści. Najpierw szukał on śmierci podczas wojny. Potem wniósł prośbę o dymi­sję, odmówił przyjęcia zasłużonego orderu i poszedł na emeryturę jako pułkownik.

— Jako pułkownik? — przerwał hrabia. — Mój Boże, co za przypuszczenia nasuwają mi się! Zauwa­żył pan, jak szybko opuścił nas ten starszy pan, który ze mną siedział, i to w chwili, w której pan począł opo­wiadać? Tak, tak, jego dziwaczne poglądy, stronienie od ludzi, ucieczka przed światem...

— Może pan ma rację, panie hrabio. Jeśli tak jest, jak pan przypuszcza, nie ujrzy pan już zapewne sta­rego pułkownika; będzie on pana unikał. Ale jeśli mo­żna panu służyć radą: niech pan również nie zadaje sobie więcej trudu spotykania się z Weberem. Po dzi­siejszej scenie będzie on zapewne bardziej jeszcze roz­drażniony i podejrzliwy; niech Bóg ma w opiece tego lekkoducha, za którym Weber przedtem poszedł; da on mu już porządną lekcję. Jeśli bowiem ojciec przekona się, że ten chłopak nie chełpił się tylko, a naprawdę skrzywdził dziewczynę, lękam się, że będziemy świad­kami nowej katastrofy. Bo Filomena to niejako jedy­ne jagnię, które biedakowi pozostało; kto ośmieliłby się tknąć ją tylko, na tego Weber rzuciłby się z drapieżnością dzikiego zwierzęcia.

Hrabia nie ukrywał wcale wielkiego lęku. Przypo­mniał sobie scenę u stóp krzyża i słowa rozpaczy wy­powiedziane przez Filomenę.

— Chodźmy! — zawołał — mam bardzo złe prze­czucia. Kto wie, czy nie przyjdziemy zbyt późno, by zapobiec nieszczęściu.

— Dokąd mielibyśmy pójść? — odparł sędzia spo­kojnie.

— Ma pan rację — westchnął hrabia. — To byłoby szaleństwo... A zresztą rzeczą pana nie jest zapobiegać winie, lecz osądzać ją...

— Przejdziemy się po mieście, panie hrabio. Taka przechadzka uspokoi pańskie nerwy.