Opuścili oberżę i szli wzdłuż górskiego potoku, to­czącego z poszumem swe wody.

— Bardzo pana proszę, panie sędzio, pójdźmy jednak w pobliże zamczyska. Jestem taki niespokojny... Czuję, że tam stanie się coś okropnego... Coś mnie ciągnie w tę stronę...

— Dobrze. Chodźmy! Ale tylko na krótką przecha­dzkę. Nie ma zgoła sensu, byśmy teraz włóczyli się po tych bezdrożach.

*

O tej samej godzinie do mostu wiodącego nad paro­wem w pobliżu zamczyska dotarli dwaj inni wędro­wcy.

Przystanęli koło mostu, wypoczywając po uciążli­wej drodze. Żywo z sobą rozmawiali.

— Teraz wróć do miasta, Franku — rzekł przystojny lowelas — ja mam tu jeszcze coś do załatwienia, a nie chciałbym mieć świadka. Ale pamiętaj: to, co ci powiedziałem, musi pozostać między nami!

Sapristi — odparł jego towarzysz — że też dzie­wczyna ci to wszystko wypaplała...

— Tak jakoś się złożyło. Wiesz przecież, Franku, że umiem się obchodzić z kobietami. Zwykle nudzą mnie, gdy się przez czas jakiś z nimi zadaję. Pozwalają zaj­rzeć do swoich wszystkich kart i od razu gra staje się nudna... Ale z tą biedaczką było całkiem inaczej. Mu­siałem odbyć czas próby; najgorszemu wrogowi nie ży­czę tego! Mnóstwo par butów zdarłem, włócząc się zi­mą i latem, dniami i nocami, zanim od czasu do czasu ujrzałem jej twarzyczkę. Byłem jakby oczarowany. I co najgorsze, że się doprawdy bardziej bałem samej dziewczyny niż tego starego wilka, którego zwie oj­cem, i tej okrutnej wiedźmy, która ponoć jest jej babką.

— A jakże się to stało, że przecież zdołałeś ją omo­tać, że uległa ci wreszcie?