— Tak, to prawda — rzekł stary po chwili namysłu — zapominam, że to mój zięć... muszę po ojcowsku i obchodzić się z tobą... A więc, paniczu? — pytał ochrypłym głosem — czy zastanowiłeś się już nad odpowiedzią? Wiem, że niezbyt to dla ciebie wygodne spełnić moje żądanie. Ale moja córka... Sam przecież powiedziałeś, że nie jest taka jak inne; mogłeś różne dziewczęta bałamucić bezkarnie, ale z moją Filomeną źle żartować... Zważ zresztą: mam już jedną córkę w szpitalu wariatów, a nie chcę doprawdy, by i druga tam się dostała.

Spokój, z jakim te słowa wypowiadał, zwiódł wido­cznie młodzieńca, gdyż odetchnął swobodniej, wyjął z kieszeni zegarek i rzekł:

— Już zbliża się północ, a nie mam wiele czasu... Muszę jeszcze gdzieś pójść... Odroczmy naszą rozmowę na kilkanaście godzin; gdy się prześpimy, spokojniej i rozważniej będziemy o wszystkim mówili. Doprawdy, mnie samemu zależy bardzo na tym, by tę smutną sprawę jakoś załagodzić. A jak to zrobić, o tym jeszcze pomówimy.

— Pomówimy teraz albo nigdy! — krzyknął stary. — Po raz ostatni zapytuję: czy poślubisz moje dziecko, czy nie?

— Nie obiecywałem jej tego wcale... A gdybym na­wet był obiecał, żałuję bardzo, ale nie mógłbym do­trzymać.

— Nie mógłbyś?

— Nie. Stanowczo nie. Krzykiem czy pięścią nie dam się sterroryzować. Dam panu odszkodowanie...

— Odszkodowanie! — roześmiał się gorzko stary.

— Tak, i to wcale pokaźne. A jeśli nie chce pan go przyjąć, to ma pan przecież możność zastrzelić mnie przy lada sposobności. Ale póki żyję, nie dam się do niczego przymusić; nie mam też żadnej ochoty zostać pańskim zięciem i pachołkiem.

Stary przez czas jakiś w milczeniu weń się wpatry­wał, a potem zapytał: