— Masz już inną kochankę... idziesz właśnie do niej... czy tak?

— A gdyby i tak było! Cóż to pana obchodzi?

— Czy to pokojówka, czy sama hrabina?

— Nie ma pan prawa o to pytać. Ale by wreszcie to wszystko skończyć... idę do hrabiny...

— Ani słowa więcej! — przerwał stary. — Nie pój­dziesz do niej! Bo...

— Daj mi pan dokończyć zdanie. Co Bóg złączył...

— Bóg? Ośmielasz się, łotrze, w tej strasznej chwili powoływać się na imię tego, o kim ze zgrozą myśleć powinieneś?

— Postradał pan zmysły, panie Weber. Może oprzy­tomnieje pan, gdy powiem to, czego jeszcze nikt nie wie: hrabina jest moją żoną. Wzięliśmy potajemnie ślub...

Wypowiedział to kłamstwo z całym spokojem, prze­konany, że nagły pomysł poprawi jego chwilową sytu­ację i pozwoli mu na razie wycofać się z przykrego położenia.

Stary stał przed nim w milczeniu; z głębi parowu szedł poszum spienionych fal; księżyc przedarł się przez zwały chmur i oświecał twarze obu wrogów, tak że mogli dokładnie przypatrzyć się sobie. Wido­cznie w rysach twarzy leśniczego młodzieniec wyczy­tał coś strasznego, gdyż nagle zbladł, cofnął się o krok, kolana zatrzęsły się pod nim. Chciał coś powiedzieć, ale nie mógł dobyć słowa z gardła. Chciał uciekać, ale czuł, że nogi są jakby zdrętwiałe.