— Bóg złączył? — krzyknął stary. — Szatan, chciałeś powiedzieć! Hahaha! Jego żona! A ja mam pójść do córki i powiedzieć: przepadło, on ma już żonę... A potem kiedyś będziesz przechodził z żoną obok zamczyska, a jaśnie pani zapyta: czy znasz tę dziewczynę? a ty powiesz: jakaś Cyganka, upadła dziewka... i śmiejąc się opowiesz, jak to za kawalerskich czasów tarzało się z dziewką na słomie w piwnicy... Jeśli szatan twoim patronem, drabie, to ruszaj do piekła!
— Weber! — nieludzkim głosem ryknął młodzieniec.
Ale już leśniczy podniósł go w górę i przerzucił przez poręcz mostu w dół, w głęboki parów, między złomy skalne, po których szeroką strugą z szumem przewalały się wody.
Morderca i mściciel zbladł, ale żaden nerw w nim nie zadrgał.
— Czy nie krzyknął ktoś? — szepnął sam do siebie. — Nie, nikogo nie ma... Jestem sam...
Rozejrzał się.
— Stało się! — snuło mu się po głowie — gdy go znajdą, pomyślą, że po pijanemu chodził w nocy po moście i runął w przepaść... Biedna Filomena... Jakże przetrzyma śmierć kochanka? Ale lepiej tak, niż gdyby żył, a ona miała znosić pogardę, przecierpieć ból rozstania, czuć się poniżoną, porzuconą...
Ruszył w stronę zamczyska.
Gdy przestąpił próg izby, stara siedziała koło okna czuwając. Podszedł do łóżka, na którym leżała córka. Przez chwilę wsłuchiwał się w jej niespokojny oddech, potem pochylił się nad nią, by w półmroku przyjrzeć się jej rysom. Nagle otworzyła oczy, wyskoczyła z łóżka i przestraszona zapytała:
— To ty, ojcze?