— Tak, Meno! Czy lękasz się ojca, dziecko?

— Nie, miałam takie jakieś dziwne sny... Skąd wra­casz? Czy mówiłeś z nim?

— Z hrabią? Nie. Nie zastałem go. Opowiem ci ju­tro. Połóż się znowu i zaśnij.

— Nie mogę spać. Ubiorę się i siądę do kołowrotka.

— Usiądź koło mnie na ławie. I ja również nie jestem śpiący. Co to chciałem powiedzieć... Podoba ci się hrabia? Robi wrażenie porządnego człowieka.

Nie odpowiedziała, pogrążona w myślach.

Siedzieli więc na ławie pod krucyfiksem; on oparty o ścianę, a ona przytulona do jego piersi. Nie mówili ze sobą ani słowa. Od czasu do czasu głaskał szeroką ręką jej włosy; pieszczota ta uspokajała ją; lekki uśmiech wykwitał na jej twarzy. Wreszcie zamknę­ła oczy. Wtedy ojciec ułożył ją wygodniej na ławie, opierając jej głowę na swej nodze. W tej pozycji zasnęła.

Cisza panowała wokół. Na duszę starego Webera spływał spokój i pocieszenie. Miał obok siebie tę, dla której w ogóle jeszcze żyć się opłacało. Poczuł siły do stoczenia dalszej walki życiowej. Postanowił miłością ojcowską powetować klęskę, jaką w zaraniu życia zadał jej uwodziciel. Źle strzegł swej córki; winę swą okupił, obciążając sumienie zbrodnią morderstwa. Te­raz nie zostawi jej już ani na chwilę samej. Jutro czy w dniach najbliższych pocznie starania o wyjazd za morze. Tam rozpoczną nowe życie... Z czasem za­bliźni się rana w jej sercu; może nowa miłość w nim zakwitnie... Dlaczegóż by się nie miało to udać? Wszak bardziej nieszczęśliwi, obarczeni winą, tam, za morzem, od nowa rozpoczynali życie...

Mijały godziny, a stary wciąż siedział na ławie, obok niego spała córka. Twarze tych dwojga nieszczęśliwych ludzi stawały się coraz spokojniejsze; opromieniać je poczynała cisza i ukojenie snu. Również i oczy starego zamknęły się niebawem...

*