Po przechadzce z sędzią hrabia nie mógł przez dłuższy czas zaznać spokoju. Opowieść sędziego, ujaw­nienie tajemnic rodzinnych Webera, splot tragicznych wypadków — silnie wzburzyły nerwy hrabiego. Do­piero o świcie zdołał zasnąć.

O ósmej wszedł do jego pokoju służący i zameldo­wał, że jakiś obcy pan chce się z nim widzieć.

Zebrał się szybko, przekonany, że chyba jakieś no­we nieszczęście sprowadza o tak wczesnej porze przy­bysza.

Do pokoju wszedł sędzia.

— Przybywa pan ze złymi wiadomościami! — po­witał go hrabia. — Mów pan: co się stało? Weber? Młodzieniec?...

— Przychodzę o tak wczesnej porze, gdyż nie chciał­bym, aby się pan dowiedział o zaszłych faktach od osób postronnych. W godzinę po naszym rozstaniu, gdy już ułożyłem się na spoczynek, posłyszałem gwałto­wne dobijanie się do drzwi. Gdy je otworzyłem, ujrza­łem jakąś dziewczynę, za nią kilku żandarmów i kil­ku włościan. Dziewczyna zaalarmowała ich wszystkich, a komendant posterunku żandarmerii sprowadził ich natychmiast do mnie. Ze słów dziewczyny dowiedzia­łem się o okropnym wypadku. Jest to roznosicielka pieczywa w Obermais. Zwykle około północy idzie do miasta, by o świcie z koszami świeżego chleba roz­począć wędrówkę po górskich osiedlach i szałasach na połoninach. Gdy zbliżyła się do mostu, ujrzała na nim dwóch mężczyzn. Byli tak zajęci sobą i tak żywo roz­mawiali, że wcale jej nie zauważyli. Ukryła się za pniem drzewa. Nagle rozległ się okropny krzyk; młod­szy i smuklejszy został przerzucony przez barierę mo­stu w przepaść... Wtedy wydarł się z jej gardła lekki okrzyk; człowiek stojący na moście zaczął się rozglą­dać i wówczas poznała, że jest to zarządca zamku, We­ber z Planty. Księżyc świecił jasno; może przysiąc, że nie był to nikt inny, jak tylko pan Weber... Prze­rażona, pobiegła do miasta i natychmiast doniosła o wszystkim posterunkowi żandarmerii...

Udałem się — mówił dalej sędzia — wraz z dzie­wczyną i żandarmami na miejsce wypadku. Niezbyt długo przyszło nam szukać nieszczęsnego chłopaka, ofiary mordu. Leżał na dnie parowu... Zaoszczędzę pa­nu opisu, w jakim stanie znaleźliśmy zwłoki. Była to zniekształcona masa... Wszystkie kości miał, biedak, potrzaskane... czaszka zdruzgotana o skały... Kazałem odnieść ciało na noszach do miasta, a sam udałem się do zamczyska; za mną szli okoliczni chłopi, których coraz więcej zbierało się na miejscu zbrodni. Chętnie byłbym ich trzymał z dala i nie pozwolił im iść za so­bą, ale wzburzenie między nimi było zbyt wielkie. Zresztą nie spodziewałem się, że zastanę Webera w do­mu. Nakazałem więc wszystkim, by zatrzymali się na podwórzu, a sam w towarzystwie jednego żandarma udałem się do izby zamieszkałej przez rządcę.

Wyobraź pan sobie: wchodzę i zastaję Webera siedzą­cego spokojnie na ławie... był pogrążony we śnie... obok niego, oparłszy głowę o jego kolana, leży Filomena...

Spali tak mocno, że nie obudziło icłi nasze wejście.

Dopiero gdy potrząsnąłem nim, obudził się. Wstał z ławki, a ruch ten obudził również i córkę.