— Panie Weber — rzekłem w możliwie najspokoj­niejszym tonie — musi pan pójść ze mną... Wpłynęło doniesienie... Spodziewam się, że zdoła pan wykazać swą niewinność, ale na razie muszę pana aresztować.

Nie spuszczałem zeń oka. Stał nieporuszony, twarz jego ani drgnęła.

— O co mnie oskarżają?

— Dowie się pan o tym później. Tu... — wskazałem mu ruchem ręki córkę stojącą obok niego — nie jest miejsce do przesłuchiwania...

— Nie ma pan prawa w nocy wdzierać się do mego domu — odparł hardo — jestem niewinny.

— Niewinny? — krzyknęła za nami dziewczyna, która zaalarmowała żandarmerię; mimo mego zakazu dostała się niepostrzeżenie do izby. — To znaczy, że ja złożyłam fałszywe zeznania? Na własne oczy wi­działam, jak pan stał na moście, mocował się z Aloj­zym, wreszcie podniósł go w górę i przerzucił przez barierę. Zastaliśmy też nieszczęsną pańską ofiarę na dnie parowu tak zniekształconą, że rodzona matka nie rozpozna twarzy biedaka. I pan śmie mówić, że to nieprawda! Że jest pan niewinny!

Zamilkła, gdyż nagle Filomena zaczęła się głośno, przeraźliwie śmiać. Był to okropny widok, panie hrabio. Oczy dziewczęcia gorzały niesamowicie, śmiech stawał się coraz bardziej szaleńczy, spazmatyczny, nie­przytomny.

Stary Weber odezwał się:

— A więc i ta także... Tak jak tamta... Ha, po cóż ukrywać więcej? Tak, panie sędzio, to ja zrobiłem.

Hrabia przesłonił twarz rękami; siedział nieporuszo­ny, niezdolny do wypowiedzenia choćby jednego słowa.