— Kazałem odprowadzić Webera do aresztu — mó­wił dalej sędzia. — Przed godziną otrzymałem meldunek, że rządca nie żyje... Powiesił się w celi... Zdjął z nóg owijacze... zrobił pętlicę i na klamce... Kazał na razie Filomenę umieścić w szpitalu miejscowym, opiekują się nią zakonnice. Trzeba ją będzie odesłać do zakładu, w którym bawi jej starsza siostra... Gdyby pan chciał ją zobaczyć... Wprawdzie nie poznaje ni­kogo...

Hrabia szepnął:

— Nie, nie mógłbym... nie miałbym sił...

Sędzia opuścił pokój.

W godzinę potem hrabia wezwał służącego i kazał mu poczynić przygotowania do dalszej podróży.

Najbliższym pociągiem wyjechał do Szwajcarii.

Lotka33

Nie miałem jeszcze siedemnastu lat; znajdowałem się w owym kłopotliwym okresie, gdy się już nie jest dzieckiem, a bardzo niepewnie kroczy śladami ludzi dorosłych. Z bujną wyobraźnią, a głupawym sercem, ulegając to wybujałemu samopoczuciu, to dziewczęcej niemal wrażliwości — młodzieniec stara się uchylić zasłony ukrywającej tajemnice życia; myśli, że „zjadł wszystkie rozumy”, by przekonać się nazajutrz, że właściwie bardzo niewiele wie; jest pretensjonalny, nieznośny i chyba pociechą jest wtedy, że i inni ró­wieśnicy są tak samo bezradni.

Przyjaźniłem się wówczas z pewnym kolegą star­szym ode mnie o kilka lat, ale również zmuszonym jeszcze do dyscypliny szkolnej w najwyższej klasie gimnazjalnej. Nie uczęszczał do tej samej szkoły co ja, nie znałem też jego rodziny, mieszkającej gdzieś na prowincji. Nie potrafiłbym powiedzieć, w jaki sposób to się stało, że zaprzyjaźniliśmy się z sobą tak, iż nie mijał dzień, by nie przestępował stromych schodów wiodących do mego mieszkania. Również gdyby trzecia osoba przysłuchiwała się naszym rozmowom, nie potrafiłaby zupełnie zgadnąć, co uczyniło nas właściwie tak nierozłącznymi przyjaciółmi. Wchodził do mego pokoju, przez czas jakiś odbywał po nim wędrówkę, przemierzając go miarowym krokiem od ściany do ściany, tam i na powrót, potem siadał w sta­rym fotelu zastępującym kanapę. Mógł w tej pozycji przesiedzieć bez słowa szereg godzin czekając, aż upo­ram się z zadaniem łacińskim. Jeśli podnosiłem oczy i rozglądałem się po pokoju, spotykałem jego wzrok, wpatrzony we mnie; a miał łagodne, marzycielskie oczy. Byłem wtedy bardzo rad, że jest w pobliżu. Ile­kroć przychodził, gdy nie pracowałem, słuchał w sku­pieniu opowiadań, również i to uważne przysłuchiwa­nie się moim słowom było mi miłe. Tylko gdy mowa była o muzyce, ożywiał się i wtedy wszczynaliśmy na­miętne dyskusje. Miał piękny i głęboki głos basowy, dobrze harmonizujący z jego męską postawą, ciemny­mi oczami i śniadą cerą. A ponieważ z wielką gorli­wością studiował teorię muzyki, z łatwością mu przy­chodziło zwalczać rzeczowo moje dyletanckie, uczuciem podyktowane poglądy na muzykę. Ale gdy mnie już zapędził w kozi róg, żałował wprost mojej klęski. Przypominam sobie, że raz zadzwonił o północy i wy­ciągnąwszy mnie z łóżka zaczął przepraszać, że po południu w gorącej dyspucie ze mną nazwał Cyrulika Rossiniego — którym się zachwycałem — marnym golibrodą w porównaniu z Cyrulikiem Mozarta i że arie Rossiniego określił jako mydliny na misce trze­ciorzędnego golibrody prowincjonalnego.

Prócz tej niezwykłej dobroduszności dwie rzeczy mocno mnie do niego przywiązały: wtajemniczył mnie w sztukę palenia papierosów i dorobił muzykę do mo­ich pierwszych wierszy.