Było to w lipcu i zbliżały się ferie, gdy pewnego popołudnia mój przyjaciel Bastel wszedł do mego pokoju niezwykle wzburzony. Nie zapalił, jak zwykle, papierosa, nie siadł, jak zwykle, w fotelu, lecz przez kwadrans stał przy oknie, wypukując na szybie takt non piú andrai farfallon amoroso34 i wzdychając od czasu do czasu tak silnie, jakby na sercu miał ciężar wagi co najmniej cetnara.

— Bastel — rzekłem — co się stało?

Milczenie.

— Czyś chory? Czy miałeś jakieś zajście w szkole z profesorem? Albo może na wczorajszym komersie35 przytrafiło ci się coś nieprzyjemnego? (Należał do związku studenckiego, choć był jeszcze uczniem gim­nazjum, i nosił w kieszeni kamizelki szarfę studencką, którą przepasywał pierś tylko po kryjomu, gdy nie­jako incognito brał udział w komersach studenckich).

Dziwny człowiek wciąż milczał i zaczął silniej je­szcze bębnić, aż szyba groźnie zadźwięczała.

Dopiero gdy zauważył, że przestałem się nim zaj­mować, rzekł jakby sam do siebie:

— Są rzeczy między niebem a ziemią...

Nie skończył zdania.

Podszedłem i ująłem jego rękę.

— Bastel — rzekłem — co znaczy ta poza? Miarku­ję, że coś cię trapi. Powiedz szczerze, a zobaczymy, jak na to poradzić. Albo nie mów wcale, ale miej li­tość nad moimi szybami i zachowuj się rozsądnie. Czy nie chcesz zapalić papierosa?