Czekał Kalilbad przyjścia drugiej nocy.
Tym razem jednak nie chciał tam, na górze,
W oknie, z daleka oczekiwać wróżek.
Zaledwo księżyc zabłysnął w lazurze,
Szedł gorejący wzdłuż kwiecistych dróżek,
Jak w szału swego zatopiony chmurze,
Iż posłyszawszy kroki (nóg, nie nóżek),
Zapomniał, że się wieszczki we mgłach rodzą
I że bujają w wietrze — nie zaś chodzą.
I znów, jak wczoraj, mary zakwefione