I tam leżałem jak odblask księżyca,

Pod liści stropem w fali utopiony.

I wkrótce owe wstrętne mi postacie

Człowiecze, które, jak rzekłem już, w sercu

Ból mi sprawiały, odpływać poczęły

Z pędem powietrza, wcielając się z wolna

W wiatry, aż w końcu wiatry je rozwiały;

A owe, co swym przyjściem je wyparły,

Tak się zdawały wdzięczne, tak łagodne,

Po zaniknięciu barw! I nastąpiła