W winnicach, w zbożu i wśród łącznej trawy
Bez liku lęgnął się chwast jadowity,
Ich wzrost tamując — bo piersi z boleści
Schły mi; powietrze, ten lotny mój oddech,
Skaziły tchnienia nienawiści, które
Matka zionęła na mordercę dziecka.
O tak, słyszałam ja twoje przekleństwo,
Którego, jeśli ty już nie pamiętasz,
To moje góry, niezliczone morza,
Jaskinie, wiatry, eter bezgraniczny