Wlazł do komnaty, nie stukając do drzwi?
NANNA
Drzwi były otwarte. Zobaczywszy przybysza, podniosłam nieludzki wrzask: „Zabij mi tego przebrzydłego zwierzaka, łeb mu ukręcić!”.
Służąca ze łzami w oczach poczyna mnie błagać o darowanie kotce życia i zaklina się, że ta już nigdy nie ośmieli się mleka wypić.
Ja chwytam za gardło nieszczęsną „milusię” trzymaną na kolanach.
Mój wierzyciel, człek miękkiego serca, uczuł litość dla biednych, skazanych na śmierć kotek. „Błagam was, pani, dajcie mi zwierzątka; dajcie choćby na tydzień, po tygodniu przyniosę je wam z powrotem i jeśli do tego czasu gniew wasz nie przejdzie, sam wam dopomogę zgładzić je z tego świata”.
Tak mówiąc, zabrał mi z kolan „milusię”, a „mruczunię” wydarł z rąk służącej; włożył kotki do koszyka i kazał je odnieść natychmiast do domu.
„Pamiętajcież, że macie mi je zwrócić za tydzień! Wtedy rozprawię się ze złodziejkami!” Przyobiecał mi solennie, że odniesie zwierzątka, a potem zagadał o swoich dwudziestu pięciu dukatach.
Odpowiedziałam, iż za dziesięć dni sama mu dług odniosę. Przeszło dwa tygodnie; pewnego dnia zjawia się znów handlarz, przypominając o swej wierzytelności. W odpowiedzi, potrząsnąwszy sakiewką pełną dukatów, rzekłam: „Właśnie chciałam wam dług odnieść, ale przedtem musicie mi zwrócić moje kotki”. „Wasze kotki? — odpowiada — przecież one dawno już gdzieś zwiały”.
Uśmiechnęłam się z jadowitą słodyczą i wycedziłam przez zęby: „Postarajcie się je odnaleźć; w przeciwnym razie zapłacicie mi za nie znacznie więcej niż dwadzieścia pięć parszywych dukatów. Przyobiecałam zwierzątka pewnemu znakomitemu panu i miałam je wysłać dziś właśnie do Neapolu. Proszę o zwrot moich kotek — zrozumiano? Macie je odnieść natychmiast”.