I choć naprawdę byłam ładna, to przecież wdzięki moje, w przelocie jeno117 oglądane, jeszcze piękniejszą mnie uczyniły. Te praktyki wzmogły ludzką ciekawość i każdy zapałał chęcią poznania mnie.

Cały Rzym rozbrzmiewał słuchami o pięknej cudzoziemce, niedawno do miasta przybyłej; wiesz przecież, jak to zawsze: nowe sitko na kołek!

Gospodyni domu ani chwili na miejscu usiedzieć nie mogła, bo coraz to jakiś wariat do drzwi się dobijał.

Obiecywali jej złote góry, byle im tylko dostęp do mnie ułatwiła! Dobrze byś wyszła na tym, gdybyś uwierzyła w te obietnice i przysięgi. Moja mateczka, kobieta nie w ciemię bita, której radom i pouczeniom zawdzięczałam całą chytrość moich postępków, ani słyszeć o tym nie chciała.

„Cóż to, za wycirucha, za szelmę mnie macie? — odpowiadała natrętom na ich nagabywania. — A niechże Bóg broni, aby córeczka moja miała drogę cnoty opuścić, jestem kobietą uczciwą, ze szlachetnego rodu, a choć dotknęły nas nieszczęścia, jednak dzięki Bogu pozostało i coś niecoś, z czego żyć jako tako będziemy”.

Dzięki takim słówkom i westchnieniom znaczącym sława mych wdzięków coraz bardziej się wzmagała.

Widziałaś kiedy wróbla w okienku spichlerza? Podziobie nieco ziarenek i odlatuje, jakiś czas go nie widać, raptem zjawia się z dwoma towarzyszami; podziobią znów i znów się wynoszą; za chwilę masz już cztery wróble, potem pięć, a wreszcie spada cała ich chmara. Otóż i obraz paniczów łażących pod mymi oknami, wzdychających do mej piękności, a chciwych na ziarenka z mego spichlerza.

Ja zaś nie mogłam do woli oczu napaść widokiem owych galantów118; zza firanki oczy mi do nich wyłaziły; z lubością patrzałam na ich zgrabne postacie, na atłasowe i aksamitne płaszcze, na złote łańcuchy, na berety spięte złotą agrafą, na rumaki zwierciadlanego zaiste połysku!

Paradowali z wolna pod naszym oknem, wdzięcznie osadzeni w siodłach, ledwie czubkiem stopy trzymający strzemienia, otoczeni giermkami, dzierżący w ręku małą książeczkę Petrarki i czarujący mnie swoim śpiewem:

Wszakże miłością jest to, co dziś czuję119.