Ni stąd, ni zowąd wpadała służebna ze słowami: „Wstążki u poszewek są za krótkie; trzeba by dłuższe kupić”.

Na tę wiadomość ja gorąco całowałam galanta, prosząc: „Daj dusia!”. Gdyby zaś tej małej prośbie odmówił, niechybnie zyskałby przydomek wszawego sknery.

Ledwie znikła służąca, zjawiała się matka z naręczem przędzy: „Jeśli wypuścisz z ręki taki skarb, nigdy ci się podobna okazja nie zdarzy”. Znów pocałunki, uściski i znowu któryś z obecnych musi płacić za utkanie sztuki płótna.

Jedni przychodzą, drudzy wychodzą — ciągły ruch w interesie.

Oto nadciąga nowa gromada; tym razem puszczam do komnaty tylko jednego.

A ten jeden tak skutecznie kruszał w ogniu mych pieszczot, że natychmiast po wyjściu przysyłał mi a to kołdrę jedwabną, a to makatę, a to zacny obraz lub jaką inną bagatelkę. Na skutek takich podarunków obiecywałam przyjąć go na noc, on zaś nadsyłał mi wyborne potrawy na wieczerzę!

Gdy zaś się zjawił, prosiłam, aby zechciał przejść się trochę i powrócił za chwilę. Po półgodzinie przyłaził znowu.

Wówczas wychodziła służąca, błagając, aby jeden momencik zaczekał. Trwał cierpliwie na posterunku, wreszcie gorączkowo chwytał za klamkę, ale tym razem już mu nikt nie odpowiadał.

Wówczas, wściekły, poczynał wymyślać: „Ladacznico, zwierzę nieczyste! Zapłacisz ty mi za to, klnę się na wszystkie świętości!”.

Ja tymczasem w najlepsze zabawiałam się z innym, racząc się smakołykami, przysłanymi przez tamtego idiotę, słysząc zaś złorzeczenia, wołałam: „Krzycz, a głośno!”.