ANTONIA

Już to twój kramik był obficie w słodycz zaopatrzony!

NANNA

Raz zadurzył się w moich wdziękach na umór pewien stary pryk, długi, chudy, włochaty, żółty, nadgniły i pomarszczony.

Mój nowy adorator miał jednak tyleż pożytku z uciechy miłosnej, ile bezzębny z żucia twardej skórki od chleba; radził więc sobie, jak umiał: szczypał mnie, gryzł, całował, ssał i miętosił na wszystkie strony.

Nie pomagały korzenie, karczochy, trufle ani żadne kordiały. Wisiorek opadał bezsilnie niby ów knotek bez oliwy, co to strzeli płomieniem i w tejże chwili — gaśnie.

Na marne szły wszystkie zabiegi, głaskania, potrząsania, łaskotania i prztyczki. Darmo ciągnęłam za gwizdawkę i dzwoniłam dzwonkami.

Pewnego dnia, sprosiwszy tłum gości, wydałam wspaniały obiad. Oczywiście za przyjęcie zapłacił mój staruszek, a ponadto musiał mi wypożyczyć srebrną zastawę, z której cztery najpiękniejsze sztuki ukradłam.

Kochanek mój podniósł straszny krzyk. Rzuciłam mu się w ramiona i najczulszymi słowami uspokajałam wybuch gniewu, który by mógł łacno193 jego zdrowiu zaszkodzić!

„Nie krzycz, ojczuniu, nie krzycz, nie żołądkuj się, bo nie będziesz mógł dobrze strawić obiadu. Jeśli ci żal sreber, sprzedaj moje suknie, wszystko sprzedaj, tylko nie krzycz”.