Zarzuciłam mu ramiona na szyję i zapytałam: „A jakżebyś chciał, abym wystąpiła?”. — „Oczywiście konno i w stosownym przebraniu; będę miał pysznego dzianeta202 ze stajen jego przewielebności. Solennie przyobiecał mi to pewien masztalerz203”.
Zaklaskałam w dłonie z uciechy i rozstaliśmy się w doskonałych humorach.
Na drugi dzień powiadam mu: „Przede wszystkim muszę się wystarać o jakie pluderki i majteczki zwierzchnie. Żeby umknąć zbytecznych wydatków, przyślij mi swoje majtki aksamitne; wytnie się miejsca znoszone i jakoś całą rzecz uładzimy. Co się zaś tyczy pluderków, to zrobimy je tanim kosztem! Weźmie się twój najstarszy kaftan i da się krawcowi do przeróbki. Wszystko uda się wspaniale!”. — Tutaj spoglądam na niego spod oka i widzę, że ma minę mocno rzadką. Na moje propozycje mruczy wprawdzie: „Doskonale!”, ale tak nieswoim głosem, jakby już żałował, iż rozbudził we mnie zapał do zabawy. Więc, udając rozczarowanie, mówię do niego: „Widzę, iż jakoś nie w smak ci to wszystko, nie chcę cię zresztą do niczego przymuszać, lepiej przestańmy myśleć o tej całej maskaradzie”.
Ale on chwyta moją dłoń i ściskają z serdecznym wyrzutem: „Także204 to ufasz mej miłości?”.
Posłał zaraz swego pacholika po przyodziewek i niebawem kaftan znalazł się u krawca, który z miejsca zaczął go pruć i przykrawać. Tegoż dnia już miałam nowiutką, prześliczną kitajkę na pluderki. Mój kochanek asystował przy wdziewaniu szatek i nie posiadał się z radości.
Z okazji mego męskiego stroju pozwoliłam mu pobawić się ze mną jak z chłopcem (ogromnie był łasy na takie igraszki), a potem rzekłam: „Moje złotko! Kogo stać na miotłę, ten musi kupić i trzonek. Potrzeba mi koniecznie aksamitnych pantofli!”.
Nie miał akurat ani grosza przy duszy, więc bez słowa ściągnął pierścień z palca. Pierścień ów zamieniłam u kupca na aksamit, a aksamit zaraz powędrował do szewca, który szybko się uwinął i nazajutrz pantofle mi odesłał. Brakowało jeszcze beretu.
Kochanek mój, rozgrzany przygotowaniami do wspólnej zabawy, bez namysłu oddał mi swój nowy beret, a sam wziął stary, przeznaczony od dawna dla pacholika.
Wreszcie nadeszła wigilia205 oczekiwanego dnia, miłośnik kręcił się koło mnie jak fryga, biegał zziajany po wszystkich komnatach, brał do serca sprawę każdego szczegółu mego stroju!
Późnym wieczorem przypomniało mi się, że nie mam pióra do beretu: pobiegł więc bez zwłoki, aby zakupić tę bagatelkę. Po powrocie posłałam go znów po maskę; ponieważ kupił złą, poszedł więc jeszcze raz szukać prawdziwej maski z Modeny. Znalazł i przyniósł mi ją z triumfem, ale nie zdążył odsapnąć, bo wnet musiał wyprawić się po igły i szpilki.